Dzień dobry,
powtarzam schemat sprzed paru miesięcy. Tym razem boleśniej, bo zdałam sobie sprawę, że bez psychologa i terapii nie dam rady. Nie będę w stanie sama ruszyć z miejsca, zamknąć pewnych etapów, pewnych bolesnych wspomnień i nauczyć się żyć sama.
Czytam "Kobiety, które kochają za bardzo" i co drugie zdanie uraniam łzę. Jest w tej książce tyle prawdy o mnie. Tyle niezliczonych emocji, które noszę w sobie, a nie potrafię ich uzewnętrznić.
Ktoś by powiedział, że sama sobie zgotowałam ten los. I pewnie to prawda. Sama wystawiam głowę na topór i daję ją sobie odcinać szybkim, wprawnym ruchem. Jestem skłonna do bycia ofiarą w każdym znaczeniu tego słowa. Jestem pewna, że wiele z tego, jak wygląda moje życie, to moja wina. A ta książka otwiera mi powoli oczy na rzeczywistość, która mnie otacza i osacza.
Pragnę tylko jednego - szczęścia. A to szczęście zazwyczaj zamienia się w czarną rozpacz. Taka, która odbiera siły i motywację. Kompletny brak dobrej samooceny, góra kompleksów. Co z tego, że mówią mi, że jestem wspaniała. Czy wspaniałych ludzi spotyka to co mnie?
6 lat w związku, pierścionek zaręczynowy, wspólne mieszkanie. I dużo, dużo złych decyzji. Patologiczne rozwarstwienie moralności. Weszłam w to, bo kochałam. Za mocno. Bo chciałam, by był szczęśliwy. A ja? Wmówiłam sobie, że też jestem szczęśliwa. Że mi to odpowiada. Dałam sobie też wmówić, że nie potrzebuję rodziny, dzieci, spokojnych wieczorów, zapachu ciasta w domu. Że wakacje są zbędne. Że wszystko to, co ja wyniosłam z domu jako wyobrażenie o życiu dobrym i dostatnim to jakiś miraż. Zrezygnowałam z siebie dla niego. Był całym światem. Odcięłam to, wpadajac w kolejne uzależnienie kolejnym facetem, który twierdził, że jestem wszystkim czego pragnie... A po drodze rozpieprzyłam mu życie, dom, rodzinę, wszystko to, co obiecałam sobie, że będę miała i nie dam nikomu zniszczyć. Jestem oprawcą takim samym jak ci wszyscy, którzy mi zadawali cios. Ale ja nie chciałam. Tylko w to brnęłam. I zostałam ukarana. Mam poczucie, że tak to właśnie jest - dostałam za swoje... I pokutuję.
A potem JP. Zaufałam mu niemalże od razu, idąc głosem intuicji. Bo współodczuwaliśmy na tych samych rezonach. Bo powiedział: "Nie dam Cię skrzywdzić". Uwierzyłam, że będzie dobrze. Powiedziałam jak na spowiedzi, jak wyglądało moje życie, licząc po cichu, że nie tyle zrozumie, co po prostu przygarnie taką sierotę jak ja i wreszcie ubierze te spodnie, które ja przez 6 lat nosiłam bez szemrania. A on? On to zmienił w niekończącą się traumę. Wciąż przypominał mi, jak żyłam, jak mogłam, jak to w ogóle możliwe, że uwierzyłam, że to było ok. Dopowiedział wiele niesprawiedliwych pomówień, ubarwił moje "zeznania". A ja przerażona tym wszystkim nigdy nie zaprzeczyłam na tyle stanowczo, by do niego dotarło, że wiele z tego, co mówi i wyobraża sobie na mój temat to zwyczajnie wybujała wyobraźnia.
Pomyliłam się. Nie można być zbyt szczerą. Nie można częstować drugiej osoby szczegółami. Nie można liczyć na zrozumienie u kogoś, kto ma fundamentalny problem z zaufaniem i dobrem. Ja chciałam przecież tylko mieć pewność, że nie jestem najgorsza... A byłam. Tyle miesięcy byłam najgorsza i najlepsza zarazem. Tak nie da się żyć. Nie można kochać i nienawidzić. Nie można budować przyszłości na gruzach jakiegokolwiek szacunku.
Przeczytałam ostatnio, że właśnie ten szacunek należy się bezwarunkowo. I ja, tak mi się wydaje, dałam go w ten sposób. Z czasem jednak... Z każdym kolejnym ciosem, słowem, awanturą jednak go traciłam. Z przerażeniem chwytałam okruchy tego dobra i próbowałam łagodzić skutki utraty szacunku... I myślę, że nadal go posiadam, jednak jestem zbyt zdewastowana psychicznie, by mogła go okazać.
Mówię do siebie w ostatnich dniach bardzo dużo. Tłumaczę sobie. Tłumaczę jego. Tłumaczę sobie wszystko po kolei. Ale w takie dni jak dzisiaj mam w sobie tyle łez, że z trudem je tamuję. Tyle we mnie jest sprzeczności. Dlatego potrzebuję, muszę znaleźć pomoc. By wstać i zrozumieć, że może to nie jest tak, że to wszystko nie ma sensu. Że może pewnego dnia spotka mnie coś dobrego, coś na co czekałam tyle lat...
A to tylko fragment... Wiem, że tkwią we mnie demony przeszłości. Wiem, że trzeba je w końcu okiełznać. Myślałam tylko, naprawdę byłam pewna, że JP też zechce powalczyć ze swoimi... Tak, bym mogła bez bólu i strachu kroczyć z nim tą samą ścieżką...
To boli, bardzo. Gdy okazuje się, że nic nie było i nie jest takie, jak sądziłam, że jest.
