Hej hej
Dwie koleżanki w niedawnym czasie wyszły za mąż. Szczęście promieniuje ze zdjęć. Zmienione nazwiska. Zdjęcia jak z żurnala i programu z TVN Style.
Smutno.
Czy ja? Kiedyś?..
Dzisiaj nie mam siły na bycie niezależną kobietą. A duma zabrania poprosić o przytulenie. A skorupa nie chce pęknąć, bo jak pęknie to będę płakać cały wieczór.
A wina pić nie mogę. I długo nie będę mogła.
Więc Fismoll.
I marzenia o ideałach, które i tak nie istnieją.
3-dziestka
"Do trzech razy sztuka"
poniedziałek, 3 lipca 2017
piątek, 30 czerwca 2017
Czerwiec miesiącem Słonia
Alo, alo!
Słoń - zwierzę roślinożerne, zamieszkujące Azję oraz Afrykę, z natury łagodne, lecz ciężkie jak jasna cholera. Mój czerwiec też jest Azjatą i Afrykańczykiem w jednym, potraktował mnie dość łagodnie na początku, a na koniec dowalił z pięści prosto w ego. W czym rzecz?
W czerwcu rozpoczęłam w końcu leczenie na mojego gada (HCV). Cudne leki przyjmuję już 4 tygodnie (niemalże) i jakoś żyję. Pomimo obaw, jest ok. Czuję się ociężała psychicznie, ale radzę sobie. Nauczyłam się przy tej chorobie nie marudzić. Nie mam syndromu księżniczki - coś trzeba zrobić to to robię, ale przychodzi to z nieco większym trudem. Wycieczki na Podkarpacie raz na miesiąc są zajebiste. Nie dość, że mi upuszczają krew, to jeszcze się łagodnie dopytują, czy piję. Nie proszę Państwa, nie piję. Ani grama. Od początku czerwca nie tknęłam ani kropli alkoholu w żadnej postaci. I jest super. Tylko palę jak smok, z czym chcę zacząć walczyć, jak tylko skonsultuję się w sprawie interakcji Desmoxanu z lekami, które zażywam w końskich dawkach. Jak się detoksować to na maksa.
Demony przeszłości nie odpuszczają. Moje asertywne nastawienie do świata rośnie w najlepsze. I przynosi skutek. JP już wie, że nie pierdolę się z nim w tańcu. Co prawda robię to z bezpiecznej odległości, ale jednak. Jasno i wyraźnie mówię, w czym jest do kitu, a w czym radzi sobie nieźle. I jaki efekt? JP się gubi. I to poważnie, a to dobry znak dla mnie - bo powoli otwierają mu się oczy i spadają klapki, które sobie założył myśląc, że mnie zdominuje.
Walczę też sama ze sobą. Mam ogromne problemy ze skupieniem się i potrzebuję urlopu. Ten został zaklepany, ale plany są mocno rozchwiane. JP chce jechać nad morze i zabrać mnie do Łeby. Super, ale ja nie mam ochoty spędzać urlopu na użeraniu się z jego rozpieprzeniem emocjonalno-mentalno-chuj-wie-jakim.
A koniec miesiąca dociska mnie nawałem pracy i brakiem ogaru z mojej strony. Marzę, chcę i pragnę spokoju. Już teraz natentychiast!
I co? I wielkie g. Znowu upały, znowu marudzę, znowu mi się nie chce.
Matulu, gdzie znaleźć motywację?
sobota, 6 maja 2017
Kiedy powiem sobie dość?
Witajcie!
Sobota mija mi pod znakiem niechęci do świata i ludzi. Walczę z obitym śródręczem (boli niemiłosiernie), piję lampkę wina pół dnia i czytam sporo o tym, jak sobie można naprawić zjebane życie.
Wymyśliłam, że muszę, że potrzebna mi terapia. JP doprowadza mnie do stanu gorączki krwotocznej, kiedy już każde jego słowo odbija się we mnie tępym wulgaryzmem. Jak mantra powtarzam mu, co powinien zrobić, bym i ja mogła ruszyć z miejsca. Z godziny na godzinę wiem jednak, że nic z tego. On nie widzi problemu. Na koniec oczywiście zwyczajowo mam spierdalać.
Uwielbiam to. A kiedy już ubrałam wygodne buty i spierdoliłam, JP ma do mnie pretensje. Co za mały, zakompleksiony człowiek, pełen niezrozumienia. Wiedziałam, że tak będzie. Więc pewnie już moja głowa odpowiednio przestawiła się na myślenie - rób co chcesz, mów co chcesz, nie dotknie mnie to.
Obietnica, że nigdy więcej nie będzie przykrym chujem przysłowiowo rozpieprzyła się o rzeczywistość. A ja? Powiedziałam dość. Jak?
Otóż przez ostatnie dni, tygodnie postawiłam sobie ultimatum - albo będziesz przez niego chodzić struta i sztywna, albo wreszcie wystawisz dumnie pierś i pokażesz środkowy palec jego obelgom. Więc postawiłam na środkowy palec. Oczywiście nie bez konsekwencji. Każda nasza rozmowa kończy się jego wkurwieniem, a moim... o dziwo! spokojem. Wiem, że tak muszę. Konsekwentnie mówię, co myślę i nie zmieniam zdania.
Przez ostatni tydzień słyszałam już, że mnie kocha, nienawidzi, że mnie ma w dupie, a na koniec, że znowu go wkurwiam. Facet ma niewątpliwie problem z asertywnością. Gdyby kobieta, którą kochasz powiedziała dość, czy byś zachowywał się jak rozhisteryzowany przedszkolak? Nie wiem, ale na moje chyba nie.
Może faktycznie moje zeszłe związki nauczyły mnie bycia suką, ale nie mam temu za złe. Kiełkuje we mnie przekonanie, że jednak jestem coś warta i, że zasługuję na porządnego, wspierającego i ROZUMIEJĄCEGO faceta.
Dociera do mnie, że by zmieniło się moje życie, ja muszę pracować nad sobą. Stawiać granice, które on poprzekraczał na każdy możliwy sposób, asertywnie mówić NIE, kiedy na coś się nie zgadzam. Krok kolejny - chcę odwiedzić psychologa, dobrego i sprawdzonego, który mi opowie co powinnam,a czego nie powinnam robić w związku ze swoim zyciem, który podpowie mi najlepszy scenariusz.
Chcę zerwać z tym przekonaniem, że ludzie są tylko dobrzy. Nie są. Są różnobarwni, mają swoje złe i dobre cechy, które muszę nauczyć się zauważać już na początku. Choćby po to, by zminimalizować ból rozczarowania.
Może wreszcie nauczę się... NIE! Inaczej - chcę się nauczyć bronić siebie, kochać siebie, a potem może w końcu wyjść na przeciw światu.
Dość już tej skorupy i miny udręczonego dziecka. Dość.
czwartek, 4 maja 2017
HCV to nie wyrok
Cześć!
Po majówkowych dylematach wracam spokojnym krokiem w stronę upragnionej idylli. Ten daje mi praca i czasem może niespieszna herbata wypita z mamą wieczorem. W domu mam azyl i wszystko nabiera innych barw. Powoli zbieram do kupy roztrzaskaną rzeczywistość. JP nie daje o sobie zapomnieć... Ale dzisiaj nie o tym. To zostawiam na potem.
Dzisiaj jestem gotowa, by Wam opowiedzieć coś, co wydaje mi się ważne i potrzebne, gdyż obserwując świat dookoła, mam wrażenie, że trzeba wyjaśniać, naprowadzać i zdecydowanie "nauczać".
Od czerwca 2016 wiem, że choruję na HCV, czyli żółtaczkę typu C. Do 2015 roku uważano w Polsce tę chorobę jako śmiertelną, gdyż nie mieliśmy dostępu do skutecznej terapii lekowej. Dla niewtajemniczonych, HCV to najgroźniejsza postać żółtaczki. Wirus atakuje wątrobę "z ukrycia" - przez wiele lat nie daje żadnych symptomów, niszcząc jej delikatną strukturę. Powoduje włóknienie organu, co może prowadzić do marskości i w ostateczności do raka wątroby. Osoby dotknięte tym poważnym schorzeniem mogą liczyć na przeszczep, jednak jak wiadomo, wątroby nie kupisz na straganie.
Od 2015 roku mamy dostęp do skutecznej terapii lekowej dającej nawet 96% szans na zupełne wyleczenie. W latach poprzednich stosowano terapię interferonem, który poza niską skutecznością, doskonale wyniszczał organizm (spadek wagi, wypadanie włosów, samopoczucie jak przy grypie, bóle mięśni i stawów itp.). Dlatego na szczęście wymyślono leki działające na wszystkie genotypy tego wirusa i w przeciągu kilku tygodni można powiedzieć, że jest się wyleczonym (potwierdzają to oczywiście testy wykonywane po kilkunastu miesiącach po zakończeniu leczenia).
Tyle słowem wstępu. Chciałabym Was uczulić na ten problem, bo o ile HAV (żółtaczka typu A - inaczej zwana pokarmową) oraz HBV (żółtaczka typu B - wszczepienna) są wyleczalne i istnieją na nie szczepionki, o tyle HCV to podstępny gad, który nie daje wyraźnych symptomów, a po cichu nas zabijając często zostaje wykryty, gdy nasza wątroba jest w zaawansowanym stadium marskości. Dlatego wato robić badania krwi na obecność wirusa. Kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych, na wynik czeka się dzień. A ratują życie! Badajcie się proszę, zwłaszcza, gdy mieliście styczność z operacjami, zabiegami naruszającymi ciągłość tkanek lub kombinowaliście z narkotykami albo podejrzanymi salonami tatuażu. HCV przenosi się przez krew, dlatego bądźcie wyczuleni na wizyty u dentysty, kosmetyczki, fryzjera, gabinetach zabiegowych itp.
Ja miałam to szczęście, że dowiedziałam się relatywnie wcześnie (wg. mojego lekarza zakaźnika mogłam to złapać wiele lat temu, gdzie, nie wiem.). Leki na HCV są w tym naszym pięknym kraju refundowane, ale kolejki (np. we Wrocławiu czy Poznaniu) oznaczają czekanie latami. Warto więc szukać alternatyw (inne szpitale i poradnie chorób zakaźnych lub sprowadzanie licencjonowanych generyków), jeśli się okaże, że jesteście faktycznie chorzy.
Jak wygląda życie z HCV? Zwyczajnie! :) Nie mam potrzeby stosowania jakiejś restrykcyjnej diety (nie ma czegoś takiego jak dieta wątrobowa), pracuję, spotykam się z ludźmi. Jedyne na co muszę uważać, to to, by nie narażać osób trzecich na styczność z moją krwią. Osobna szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, nożyczki do paznokci to chyba oczywista sprawa, więc nie pouczam o zasadach higieny.
Oczywiście, życie z HCV wiąże się z paroma wyrzeczeniami - lepiej nie spożywać alkoholu, ograniczyć papierosy albo zupełnie rzucić, dbać o wypoczynek i spokój. Wątroba nie boli, więc nie ma czegoś takiego, że się cierpi. Może jedynie trochę psychicznie to wykańczać.
Nie ukrywam faktu swojej choroby, nie spotkałam się ze społecznym wykluczeniem, jednak z doświadczenia wiem, że nasze społeczeństwo niewiele wie na temat HCV, a moim zdaniem powinno się mówić o tym dużo i głośno.
W dodatku jestem na etapie kwalifikacji do leków na drugim końcu Polski i pomimo odległości, cieszę się, że niebawem będę wyleczona. Badajcie się!
czwartek, 6 kwietnia 2017
Krok w dobrą stronę?
Dzień dobry,
powtarzam schemat sprzed paru miesięcy. Tym razem boleśniej, bo zdałam sobie sprawę, że bez psychologa i terapii nie dam rady. Nie będę w stanie sama ruszyć z miejsca, zamknąć pewnych etapów, pewnych bolesnych wspomnień i nauczyć się żyć sama.
Czytam "Kobiety, które kochają za bardzo" i co drugie zdanie uraniam łzę. Jest w tej książce tyle prawdy o mnie. Tyle niezliczonych emocji, które noszę w sobie, a nie potrafię ich uzewnętrznić.
Ktoś by powiedział, że sama sobie zgotowałam ten los. I pewnie to prawda. Sama wystawiam głowę na topór i daję ją sobie odcinać szybkim, wprawnym ruchem. Jestem skłonna do bycia ofiarą w każdym znaczeniu tego słowa. Jestem pewna, że wiele z tego, jak wygląda moje życie, to moja wina. A ta książka otwiera mi powoli oczy na rzeczywistość, która mnie otacza i osacza.
Pragnę tylko jednego - szczęścia. A to szczęście zazwyczaj zamienia się w czarną rozpacz. Taka, która odbiera siły i motywację. Kompletny brak dobrej samooceny, góra kompleksów. Co z tego, że mówią mi, że jestem wspaniała. Czy wspaniałych ludzi spotyka to co mnie?
6 lat w związku, pierścionek zaręczynowy, wspólne mieszkanie. I dużo, dużo złych decyzji. Patologiczne rozwarstwienie moralności. Weszłam w to, bo kochałam. Za mocno. Bo chciałam, by był szczęśliwy. A ja? Wmówiłam sobie, że też jestem szczęśliwa. Że mi to odpowiada. Dałam sobie też wmówić, że nie potrzebuję rodziny, dzieci, spokojnych wieczorów, zapachu ciasta w domu. Że wakacje są zbędne. Że wszystko to, co ja wyniosłam z domu jako wyobrażenie o życiu dobrym i dostatnim to jakiś miraż. Zrezygnowałam z siebie dla niego. Był całym światem. Odcięłam to, wpadajac w kolejne uzależnienie kolejnym facetem, który twierdził, że jestem wszystkim czego pragnie... A po drodze rozpieprzyłam mu życie, dom, rodzinę, wszystko to, co obiecałam sobie, że będę miała i nie dam nikomu zniszczyć. Jestem oprawcą takim samym jak ci wszyscy, którzy mi zadawali cios. Ale ja nie chciałam. Tylko w to brnęłam. I zostałam ukarana. Mam poczucie, że tak to właśnie jest - dostałam za swoje... I pokutuję.
A potem JP. Zaufałam mu niemalże od razu, idąc głosem intuicji. Bo współodczuwaliśmy na tych samych rezonach. Bo powiedział: "Nie dam Cię skrzywdzić". Uwierzyłam, że będzie dobrze. Powiedziałam jak na spowiedzi, jak wyglądało moje życie, licząc po cichu, że nie tyle zrozumie, co po prostu przygarnie taką sierotę jak ja i wreszcie ubierze te spodnie, które ja przez 6 lat nosiłam bez szemrania. A on? On to zmienił w niekończącą się traumę. Wciąż przypominał mi, jak żyłam, jak mogłam, jak to w ogóle możliwe, że uwierzyłam, że to było ok. Dopowiedział wiele niesprawiedliwych pomówień, ubarwił moje "zeznania". A ja przerażona tym wszystkim nigdy nie zaprzeczyłam na tyle stanowczo, by do niego dotarło, że wiele z tego, co mówi i wyobraża sobie na mój temat to zwyczajnie wybujała wyobraźnia.
Pomyliłam się. Nie można być zbyt szczerą. Nie można częstować drugiej osoby szczegółami. Nie można liczyć na zrozumienie u kogoś, kto ma fundamentalny problem z zaufaniem i dobrem. Ja chciałam przecież tylko mieć pewność, że nie jestem najgorsza... A byłam. Tyle miesięcy byłam najgorsza i najlepsza zarazem. Tak nie da się żyć. Nie można kochać i nienawidzić. Nie można budować przyszłości na gruzach jakiegokolwiek szacunku.
Przeczytałam ostatnio, że właśnie ten szacunek należy się bezwarunkowo. I ja, tak mi się wydaje, dałam go w ten sposób. Z czasem jednak... Z każdym kolejnym ciosem, słowem, awanturą jednak go traciłam. Z przerażeniem chwytałam okruchy tego dobra i próbowałam łagodzić skutki utraty szacunku... I myślę, że nadal go posiadam, jednak jestem zbyt zdewastowana psychicznie, by mogła go okazać.
Mówię do siebie w ostatnich dniach bardzo dużo. Tłumaczę sobie. Tłumaczę jego. Tłumaczę sobie wszystko po kolei. Ale w takie dni jak dzisiaj mam w sobie tyle łez, że z trudem je tamuję. Tyle we mnie jest sprzeczności. Dlatego potrzebuję, muszę znaleźć pomoc. By wstać i zrozumieć, że może to nie jest tak, że to wszystko nie ma sensu. Że może pewnego dnia spotka mnie coś dobrego, coś na co czekałam tyle lat...
A to tylko fragment... Wiem, że tkwią we mnie demony przeszłości. Wiem, że trzeba je w końcu okiełznać. Myślałam tylko, naprawdę byłam pewna, że JP też zechce powalczyć ze swoimi... Tak, bym mogła bez bólu i strachu kroczyć z nim tą samą ścieżką...
To boli, bardzo. Gdy okazuje się, że nic nie było i nie jest takie, jak sądziłam, że jest.
niedziela, 2 kwietnia 2017
A niech to wszystko diabli!
Witajcie w niedzielę :)
Moje słowo na dzisiaj nie będzie chyba żadnym odkrywczym postulatem na rzecz feminizmu. Nie jestem nawet w miligramie antyfanką facetów. I stąd też nie dowiecie się jak to niezależnie sobie radzę w kołowrotku wydarzeń.
Będzie trochę optymistycznie. Dopięłam swego. Utarcie nosa temu mojemu sprawc emocjonalnych wirówek wypadło nawet nieźle. Przebakiwał, że jak go zostawię, to mu się świat zawali. Mówił też, że jak jestem na niego zła, to ma wrażenie jakby czas się zatrzymał.
Biedny chłopiec. Naprawdę. Panowie, co z Wami? Kiedy się nauczycie, że nie warto skakać po kobiecie, nie warto jej wystawiać na próby cierpliwości. Nie można tak bezkarnie sobie mówić co się chce i liczyć na to, że ona zapomni. Ja jestem żywym przykładem na to, że głęboko chowam urazy i wyciągam najcięższą artylerię zawsze, kiedy już ta zupełna bezsilność wypływa mi każdym otworem ciała.
Więc dzisiaj wreszcie dałam sobie upust. I co? JP jaki skruszony zadzwonił po południu. Że on sobie zapamieta, co mnie drażni (który to już raz?), że on nie chce się kłócić, że to nie ma sensu, bo okropnie tęskni, a jak mnie nie ma, dostaje na łeb. Nie wiem, może mi się serce zamroziło gdzieś w okolicach 2014 roku? Może to wtedy w moim mózgu mi się przestawiła jakaś klepka i przysięgłam sobie, że żaden facet nie będzie sobie ze mną pogrywał, choćbym kochała go do utraty tchu.
I taka ze mnie królewna z drewna. Pieprzona czarownica, która ciska zaklęciami w przypływie złych emocji. Taka jestem. Nieobliczalnie rozedrgana jak membrana między tymi dobrymi a złymi emocjami. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem nienormalna. I dobrze. Niech sobie gada.
Dlatego dzisiaj zabrakło mi cierpliwości. Bo dzisiaj jest taki dzień. Mam do niego prawo, jak każda kobieta na świecie. Czasem wkurwić się i nie patrzeć na konsekwencje. Nie mogę, nie chcę i nie potrafię być zawsze subtelna i delikatna. I biada każdemu, kto burknie coś nie tak. Nie dzisiaj, błagam.
Koję się natomiast ukochanymi chłopakami z Sigur rós. Dzięki nim okazało się, że wygrałam dzisiaj konkurs, w których można było wywalczyć fajne, bezprzewodowe słuchawki. Alleluja! Od dawna choruję na porządny sprzęt, który sobie będę mogła zabrać w każde miejsce. Jestem uzależniona od muzyki. Bezgranicznie więc się cieszę i czekam na kuriera. A jutro zamierzam zbawić świat sukienką w kwiatki i pokazać JP, że jak jeszcze raz podskoczy, to nie ręczę za siebie.
O nie!
<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/VFVtEQ6EmMs?list=PL7580EB3DAE176106" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
Moje słowo na dzisiaj nie będzie chyba żadnym odkrywczym postulatem na rzecz feminizmu. Nie jestem nawet w miligramie antyfanką facetów. I stąd też nie dowiecie się jak to niezależnie sobie radzę w kołowrotku wydarzeń.
Będzie trochę optymistycznie. Dopięłam swego. Utarcie nosa temu mojemu sprawc emocjonalnych wirówek wypadło nawet nieźle. Przebakiwał, że jak go zostawię, to mu się świat zawali. Mówił też, że jak jestem na niego zła, to ma wrażenie jakby czas się zatrzymał.
Biedny chłopiec. Naprawdę. Panowie, co z Wami? Kiedy się nauczycie, że nie warto skakać po kobiecie, nie warto jej wystawiać na próby cierpliwości. Nie można tak bezkarnie sobie mówić co się chce i liczyć na to, że ona zapomni. Ja jestem żywym przykładem na to, że głęboko chowam urazy i wyciągam najcięższą artylerię zawsze, kiedy już ta zupełna bezsilność wypływa mi każdym otworem ciała.
Więc dzisiaj wreszcie dałam sobie upust. I co? JP jaki skruszony zadzwonił po południu. Że on sobie zapamieta, co mnie drażni (który to już raz?), że on nie chce się kłócić, że to nie ma sensu, bo okropnie tęskni, a jak mnie nie ma, dostaje na łeb. Nie wiem, może mi się serce zamroziło gdzieś w okolicach 2014 roku? Może to wtedy w moim mózgu mi się przestawiła jakaś klepka i przysięgłam sobie, że żaden facet nie będzie sobie ze mną pogrywał, choćbym kochała go do utraty tchu.
I taka ze mnie królewna z drewna. Pieprzona czarownica, która ciska zaklęciami w przypływie złych emocji. Taka jestem. Nieobliczalnie rozedrgana jak membrana między tymi dobrymi a złymi emocjami. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem nienormalna. I dobrze. Niech sobie gada.
Dlatego dzisiaj zabrakło mi cierpliwości. Bo dzisiaj jest taki dzień. Mam do niego prawo, jak każda kobieta na świecie. Czasem wkurwić się i nie patrzeć na konsekwencje. Nie mogę, nie chcę i nie potrafię być zawsze subtelna i delikatna. I biada każdemu, kto burknie coś nie tak. Nie dzisiaj, błagam.
Koję się natomiast ukochanymi chłopakami z Sigur rós. Dzięki nim okazało się, że wygrałam dzisiaj konkurs, w których można było wywalczyć fajne, bezprzewodowe słuchawki. Alleluja! Od dawna choruję na porządny sprzęt, który sobie będę mogła zabrać w każde miejsce. Jestem uzależniona od muzyki. Bezgranicznie więc się cieszę i czekam na kuriera. A jutro zamierzam zbawić świat sukienką w kwiatki i pokazać JP, że jak jeszcze raz podskoczy, to nie ręczę za siebie.
O nie!
<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/VFVtEQ6EmMs?list=PL7580EB3DAE176106" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
środa, 29 marca 2017
Marsjanie atakują, a na pewno jeden z nich
Czołem!
Jestem taka zła, że sobie nawet nie wyobrażacie. I zamierzam tę złość wyładować na tej elektronicznej kartce. Jeśli pojadę zbyt personalnie, zbyt mocno, a potem będę tego żałować, to i tak mam to gdzieś. Dzisiaj poprawność polityczna nie istnieje.
Wiecie co? Przestałam rozumieć gatunek męski. Kompletnie. Natrafiłam na egzemplarz wyjątkowo trudny do ogarnięcia i do opisania jednym słowem. Wpadłam jak śliwka w kompot, bo na jego (nie)szczęście zakochałam się jak durna i podkładam głowę pod topór zbyt często i nazbyt ochoczo. I to już nie chodzi o to, że on ma trudny charakter - on jest zajebiście trudny sam w sobie, nie do objęcia słowami i myślami. Nie sądziłam, że w facecie mogą współistnieć tak rozszalałe emocje, skrajnie różne i zżerające siebie nawzajem, a przy okazji też mnie.
Po raz kolejny dzisiaj mówię "dość", po tym jak zostałam zmieszana z błotem za... wszystko. Okazuje się, że MAM BYĆ, zawsze kiedy ON tego POTRZEBUJE. Pal sześć moje problemy i sprawy, obowiązki, czy też potrzebę skupienia się w pracy. Jaśnie Pan (JP) z uporem maniaka co rano robi mi jazdy z różnych powodów takich jak: nie oddzwoniłam, nie napisałam, nie byłam, nie wysikałam się, nie powiedziałam tego, co potrzeba, nie ogarnęłam, a nawet jak to wszystko i tak zrobiłam to i tak jest do dupy, bo mogłam szybciej odpisać, natychmiast oddzwonić, że sikam za długo, że byłam, ale za krótko, że powiedziałam to a tamto nie tak itp, itd. Szału można dostać.
I dostaję. Nie panuję kompletnie nad emocjami, nie poznaję siebie. Zawsze spokojna, wyważona, a odkąd on istnieje w moim życiu wszystko przewraca się na łeb i szyję. Nie umiem reagować na jego ataki inaczej jak atakiem, chociaż staram się nie dawać wyprowadzać z równowagi.
Nie wspomnę już o tym, że jego agresja rozpieprzyła już niejeden wspólny dzień. I zawsze idzie o to samo. Zawsze coś zrobię nie tak, chociaż przecież mam prawo do własnego życia, które przecież nie jest tylko moje, tylko chcę je dzielić z nim.
JP właśnie wyładował się na mnie za niezdany egzamin na taksę. Na mnie, bo od wczoraj siedzę na telefonie z nim i mu tłumaczę, czemu nie mogę z nim pojechać, czemu muszę jutro wybrać się do Zielonej Góry na umówioną wizytę do hepatologa. Nie, ja powinnam siedzieć z nim, zakuwać z nim i głaskać po główce.
Nie idzie o szczegóły, ale przemyślenie mam jedno - pieprzony dzieciak. Niby facet dojrzały, a zachowuje się jak rozkapryszony bachor, który jak nie dostanie zabawki, to wpada w histerię. I ofiarą zawsze jestem ja. Od kilku miesięcy więc co jakiś czas mówię sobie "dość". Ale nie mam odwagi, by naprawdę to zrobić. Nadal go kocham, mimo miliona powodów, dla których go powinnam pogonić w cholerę. Powinnam odciąć od niego jak od przysłowiowego wrzodu na dupie.
Najgorsze, że on jest święcie przekonany, że mnie kocha. To ja się pytam - tak wygląda miłość? Wieczna jazda bez trzymanki, robienie mi awantur o byle co, agresja, która materializuje się w bardzo bolesny sposób? Tak wygląda miłość, jeśli wczoraj byłam królewną, a dzisiaj pieprzę się z kolegą z pracy?!
Ręce mi opadają coraz niżej i niżej. I patrzę na siebie taką bezradną, czekam na moment aż naprawdę nie będę w stanie podnieść się z dna. I jestem zła na siebie. Że nie mam takich wielkich, stalowych cojones, by po prostu odejść. Dać mu do zrozumienia, że stracił wszelkie szanse.
Czuję się po prostu zajechana, zmęczona, pocharatana i zupełnie bezużyteczna. Tylko dlatego, że po wielu awanturach powiedziałam, że nie będziemy razem mieszkać, że moi rodzice wiedzą, co wyczynia, tylko dlatego, że mam po prostu dość właśnie zostałam okrzyknięta "ździrą" i "kurwą".
Mówię dzisiaj nie. Dość. Nie będę workiem treningowym.
Nie będę.
I mam dość facetów na długo. Mam dość wychowywania porąbańców. Mam dość bycia lepszą, bo to chyba nie na tym polega, by być lepszą, ale na tym, by ten ktoś widział we mnie coś lepszego.
Oczywiście, że pracowałam nad tym, by było ok. Na tyle na ile mogłam, poświęcałam siebie, czas, swoje pokłady empatii. I co? Tylko po to, by za chwilę usłyszeć, jaka jestem beznadziejna.
Mam wrażenie, że obserwuję dojrzewanie nastolatka. Wpakowałam się w jakąś historię bez przyszłości. I boli cholernie, bo mimo wszystko go kocham, bo potrafił pokazać mi najlepsze cechy, a potem to po prostu rozpierdolił.
Dość. Dość. DOŚĆ!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


