Hej hej
Dwie koleżanki w niedawnym czasie wyszły za mąż. Szczęście promieniuje ze zdjęć. Zmienione nazwiska. Zdjęcia jak z żurnala i programu z TVN Style.
Smutno.
Czy ja? Kiedyś?..
Dzisiaj nie mam siły na bycie niezależną kobietą. A duma zabrania poprosić o przytulenie. A skorupa nie chce pęknąć, bo jak pęknie to będę płakać cały wieczór.
A wina pić nie mogę. I długo nie będę mogła.
Więc Fismoll.
I marzenia o ideałach, które i tak nie istnieją.
poniedziałek, 3 lipca 2017
piątek, 30 czerwca 2017
Czerwiec miesiącem Słonia
Alo, alo!
Słoń - zwierzę roślinożerne, zamieszkujące Azję oraz Afrykę, z natury łagodne, lecz ciężkie jak jasna cholera. Mój czerwiec też jest Azjatą i Afrykańczykiem w jednym, potraktował mnie dość łagodnie na początku, a na koniec dowalił z pięści prosto w ego. W czym rzecz?
W czerwcu rozpoczęłam w końcu leczenie na mojego gada (HCV). Cudne leki przyjmuję już 4 tygodnie (niemalże) i jakoś żyję. Pomimo obaw, jest ok. Czuję się ociężała psychicznie, ale radzę sobie. Nauczyłam się przy tej chorobie nie marudzić. Nie mam syndromu księżniczki - coś trzeba zrobić to to robię, ale przychodzi to z nieco większym trudem. Wycieczki na Podkarpacie raz na miesiąc są zajebiste. Nie dość, że mi upuszczają krew, to jeszcze się łagodnie dopytują, czy piję. Nie proszę Państwa, nie piję. Ani grama. Od początku czerwca nie tknęłam ani kropli alkoholu w żadnej postaci. I jest super. Tylko palę jak smok, z czym chcę zacząć walczyć, jak tylko skonsultuję się w sprawie interakcji Desmoxanu z lekami, które zażywam w końskich dawkach. Jak się detoksować to na maksa.
Demony przeszłości nie odpuszczają. Moje asertywne nastawienie do świata rośnie w najlepsze. I przynosi skutek. JP już wie, że nie pierdolę się z nim w tańcu. Co prawda robię to z bezpiecznej odległości, ale jednak. Jasno i wyraźnie mówię, w czym jest do kitu, a w czym radzi sobie nieźle. I jaki efekt? JP się gubi. I to poważnie, a to dobry znak dla mnie - bo powoli otwierają mu się oczy i spadają klapki, które sobie założył myśląc, że mnie zdominuje.
Walczę też sama ze sobą. Mam ogromne problemy ze skupieniem się i potrzebuję urlopu. Ten został zaklepany, ale plany są mocno rozchwiane. JP chce jechać nad morze i zabrać mnie do Łeby. Super, ale ja nie mam ochoty spędzać urlopu na użeraniu się z jego rozpieprzeniem emocjonalno-mentalno-chuj-wie-jakim.
A koniec miesiąca dociska mnie nawałem pracy i brakiem ogaru z mojej strony. Marzę, chcę i pragnę spokoju. Już teraz natentychiast!
I co? I wielkie g. Znowu upały, znowu marudzę, znowu mi się nie chce.
Matulu, gdzie znaleźć motywację?
sobota, 6 maja 2017
Kiedy powiem sobie dość?
Witajcie!
Sobota mija mi pod znakiem niechęci do świata i ludzi. Walczę z obitym śródręczem (boli niemiłosiernie), piję lampkę wina pół dnia i czytam sporo o tym, jak sobie można naprawić zjebane życie.
Wymyśliłam, że muszę, że potrzebna mi terapia. JP doprowadza mnie do stanu gorączki krwotocznej, kiedy już każde jego słowo odbija się we mnie tępym wulgaryzmem. Jak mantra powtarzam mu, co powinien zrobić, bym i ja mogła ruszyć z miejsca. Z godziny na godzinę wiem jednak, że nic z tego. On nie widzi problemu. Na koniec oczywiście zwyczajowo mam spierdalać.
Uwielbiam to. A kiedy już ubrałam wygodne buty i spierdoliłam, JP ma do mnie pretensje. Co za mały, zakompleksiony człowiek, pełen niezrozumienia. Wiedziałam, że tak będzie. Więc pewnie już moja głowa odpowiednio przestawiła się na myślenie - rób co chcesz, mów co chcesz, nie dotknie mnie to.
Obietnica, że nigdy więcej nie będzie przykrym chujem przysłowiowo rozpieprzyła się o rzeczywistość. A ja? Powiedziałam dość. Jak?
Otóż przez ostatnie dni, tygodnie postawiłam sobie ultimatum - albo będziesz przez niego chodzić struta i sztywna, albo wreszcie wystawisz dumnie pierś i pokażesz środkowy palec jego obelgom. Więc postawiłam na środkowy palec. Oczywiście nie bez konsekwencji. Każda nasza rozmowa kończy się jego wkurwieniem, a moim... o dziwo! spokojem. Wiem, że tak muszę. Konsekwentnie mówię, co myślę i nie zmieniam zdania.
Przez ostatni tydzień słyszałam już, że mnie kocha, nienawidzi, że mnie ma w dupie, a na koniec, że znowu go wkurwiam. Facet ma niewątpliwie problem z asertywnością. Gdyby kobieta, którą kochasz powiedziała dość, czy byś zachowywał się jak rozhisteryzowany przedszkolak? Nie wiem, ale na moje chyba nie.
Może faktycznie moje zeszłe związki nauczyły mnie bycia suką, ale nie mam temu za złe. Kiełkuje we mnie przekonanie, że jednak jestem coś warta i, że zasługuję na porządnego, wspierającego i ROZUMIEJĄCEGO faceta.
Dociera do mnie, że by zmieniło się moje życie, ja muszę pracować nad sobą. Stawiać granice, które on poprzekraczał na każdy możliwy sposób, asertywnie mówić NIE, kiedy na coś się nie zgadzam. Krok kolejny - chcę odwiedzić psychologa, dobrego i sprawdzonego, który mi opowie co powinnam,a czego nie powinnam robić w związku ze swoim zyciem, który podpowie mi najlepszy scenariusz.
Chcę zerwać z tym przekonaniem, że ludzie są tylko dobrzy. Nie są. Są różnobarwni, mają swoje złe i dobre cechy, które muszę nauczyć się zauważać już na początku. Choćby po to, by zminimalizować ból rozczarowania.
Może wreszcie nauczę się... NIE! Inaczej - chcę się nauczyć bronić siebie, kochać siebie, a potem może w końcu wyjść na przeciw światu.
Dość już tej skorupy i miny udręczonego dziecka. Dość.
czwartek, 4 maja 2017
HCV to nie wyrok
Cześć!
Po majówkowych dylematach wracam spokojnym krokiem w stronę upragnionej idylli. Ten daje mi praca i czasem może niespieszna herbata wypita z mamą wieczorem. W domu mam azyl i wszystko nabiera innych barw. Powoli zbieram do kupy roztrzaskaną rzeczywistość. JP nie daje o sobie zapomnieć... Ale dzisiaj nie o tym. To zostawiam na potem.
Dzisiaj jestem gotowa, by Wam opowiedzieć coś, co wydaje mi się ważne i potrzebne, gdyż obserwując świat dookoła, mam wrażenie, że trzeba wyjaśniać, naprowadzać i zdecydowanie "nauczać".
Od czerwca 2016 wiem, że choruję na HCV, czyli żółtaczkę typu C. Do 2015 roku uważano w Polsce tę chorobę jako śmiertelną, gdyż nie mieliśmy dostępu do skutecznej terapii lekowej. Dla niewtajemniczonych, HCV to najgroźniejsza postać żółtaczki. Wirus atakuje wątrobę "z ukrycia" - przez wiele lat nie daje żadnych symptomów, niszcząc jej delikatną strukturę. Powoduje włóknienie organu, co może prowadzić do marskości i w ostateczności do raka wątroby. Osoby dotknięte tym poważnym schorzeniem mogą liczyć na przeszczep, jednak jak wiadomo, wątroby nie kupisz na straganie.
Od 2015 roku mamy dostęp do skutecznej terapii lekowej dającej nawet 96% szans na zupełne wyleczenie. W latach poprzednich stosowano terapię interferonem, który poza niską skutecznością, doskonale wyniszczał organizm (spadek wagi, wypadanie włosów, samopoczucie jak przy grypie, bóle mięśni i stawów itp.). Dlatego na szczęście wymyślono leki działające na wszystkie genotypy tego wirusa i w przeciągu kilku tygodni można powiedzieć, że jest się wyleczonym (potwierdzają to oczywiście testy wykonywane po kilkunastu miesiącach po zakończeniu leczenia).
Tyle słowem wstępu. Chciałabym Was uczulić na ten problem, bo o ile HAV (żółtaczka typu A - inaczej zwana pokarmową) oraz HBV (żółtaczka typu B - wszczepienna) są wyleczalne i istnieją na nie szczepionki, o tyle HCV to podstępny gad, który nie daje wyraźnych symptomów, a po cichu nas zabijając często zostaje wykryty, gdy nasza wątroba jest w zaawansowanym stadium marskości. Dlatego wato robić badania krwi na obecność wirusa. Kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych, na wynik czeka się dzień. A ratują życie! Badajcie się proszę, zwłaszcza, gdy mieliście styczność z operacjami, zabiegami naruszającymi ciągłość tkanek lub kombinowaliście z narkotykami albo podejrzanymi salonami tatuażu. HCV przenosi się przez krew, dlatego bądźcie wyczuleni na wizyty u dentysty, kosmetyczki, fryzjera, gabinetach zabiegowych itp.
Ja miałam to szczęście, że dowiedziałam się relatywnie wcześnie (wg. mojego lekarza zakaźnika mogłam to złapać wiele lat temu, gdzie, nie wiem.). Leki na HCV są w tym naszym pięknym kraju refundowane, ale kolejki (np. we Wrocławiu czy Poznaniu) oznaczają czekanie latami. Warto więc szukać alternatyw (inne szpitale i poradnie chorób zakaźnych lub sprowadzanie licencjonowanych generyków), jeśli się okaże, że jesteście faktycznie chorzy.
Jak wygląda życie z HCV? Zwyczajnie! :) Nie mam potrzeby stosowania jakiejś restrykcyjnej diety (nie ma czegoś takiego jak dieta wątrobowa), pracuję, spotykam się z ludźmi. Jedyne na co muszę uważać, to to, by nie narażać osób trzecich na styczność z moją krwią. Osobna szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, nożyczki do paznokci to chyba oczywista sprawa, więc nie pouczam o zasadach higieny.
Oczywiście, życie z HCV wiąże się z paroma wyrzeczeniami - lepiej nie spożywać alkoholu, ograniczyć papierosy albo zupełnie rzucić, dbać o wypoczynek i spokój. Wątroba nie boli, więc nie ma czegoś takiego, że się cierpi. Może jedynie trochę psychicznie to wykańczać.
Nie ukrywam faktu swojej choroby, nie spotkałam się ze społecznym wykluczeniem, jednak z doświadczenia wiem, że nasze społeczeństwo niewiele wie na temat HCV, a moim zdaniem powinno się mówić o tym dużo i głośno.
W dodatku jestem na etapie kwalifikacji do leków na drugim końcu Polski i pomimo odległości, cieszę się, że niebawem będę wyleczona. Badajcie się!
czwartek, 6 kwietnia 2017
Krok w dobrą stronę?
Dzień dobry,
powtarzam schemat sprzed paru miesięcy. Tym razem boleśniej, bo zdałam sobie sprawę, że bez psychologa i terapii nie dam rady. Nie będę w stanie sama ruszyć z miejsca, zamknąć pewnych etapów, pewnych bolesnych wspomnień i nauczyć się żyć sama.
Czytam "Kobiety, które kochają za bardzo" i co drugie zdanie uraniam łzę. Jest w tej książce tyle prawdy o mnie. Tyle niezliczonych emocji, które noszę w sobie, a nie potrafię ich uzewnętrznić.
Ktoś by powiedział, że sama sobie zgotowałam ten los. I pewnie to prawda. Sama wystawiam głowę na topór i daję ją sobie odcinać szybkim, wprawnym ruchem. Jestem skłonna do bycia ofiarą w każdym znaczeniu tego słowa. Jestem pewna, że wiele z tego, jak wygląda moje życie, to moja wina. A ta książka otwiera mi powoli oczy na rzeczywistość, która mnie otacza i osacza.
Pragnę tylko jednego - szczęścia. A to szczęście zazwyczaj zamienia się w czarną rozpacz. Taka, która odbiera siły i motywację. Kompletny brak dobrej samooceny, góra kompleksów. Co z tego, że mówią mi, że jestem wspaniała. Czy wspaniałych ludzi spotyka to co mnie?
6 lat w związku, pierścionek zaręczynowy, wspólne mieszkanie. I dużo, dużo złych decyzji. Patologiczne rozwarstwienie moralności. Weszłam w to, bo kochałam. Za mocno. Bo chciałam, by był szczęśliwy. A ja? Wmówiłam sobie, że też jestem szczęśliwa. Że mi to odpowiada. Dałam sobie też wmówić, że nie potrzebuję rodziny, dzieci, spokojnych wieczorów, zapachu ciasta w domu. Że wakacje są zbędne. Że wszystko to, co ja wyniosłam z domu jako wyobrażenie o życiu dobrym i dostatnim to jakiś miraż. Zrezygnowałam z siebie dla niego. Był całym światem. Odcięłam to, wpadajac w kolejne uzależnienie kolejnym facetem, który twierdził, że jestem wszystkim czego pragnie... A po drodze rozpieprzyłam mu życie, dom, rodzinę, wszystko to, co obiecałam sobie, że będę miała i nie dam nikomu zniszczyć. Jestem oprawcą takim samym jak ci wszyscy, którzy mi zadawali cios. Ale ja nie chciałam. Tylko w to brnęłam. I zostałam ukarana. Mam poczucie, że tak to właśnie jest - dostałam za swoje... I pokutuję.
A potem JP. Zaufałam mu niemalże od razu, idąc głosem intuicji. Bo współodczuwaliśmy na tych samych rezonach. Bo powiedział: "Nie dam Cię skrzywdzić". Uwierzyłam, że będzie dobrze. Powiedziałam jak na spowiedzi, jak wyglądało moje życie, licząc po cichu, że nie tyle zrozumie, co po prostu przygarnie taką sierotę jak ja i wreszcie ubierze te spodnie, które ja przez 6 lat nosiłam bez szemrania. A on? On to zmienił w niekończącą się traumę. Wciąż przypominał mi, jak żyłam, jak mogłam, jak to w ogóle możliwe, że uwierzyłam, że to było ok. Dopowiedział wiele niesprawiedliwych pomówień, ubarwił moje "zeznania". A ja przerażona tym wszystkim nigdy nie zaprzeczyłam na tyle stanowczo, by do niego dotarło, że wiele z tego, co mówi i wyobraża sobie na mój temat to zwyczajnie wybujała wyobraźnia.
Pomyliłam się. Nie można być zbyt szczerą. Nie można częstować drugiej osoby szczegółami. Nie można liczyć na zrozumienie u kogoś, kto ma fundamentalny problem z zaufaniem i dobrem. Ja chciałam przecież tylko mieć pewność, że nie jestem najgorsza... A byłam. Tyle miesięcy byłam najgorsza i najlepsza zarazem. Tak nie da się żyć. Nie można kochać i nienawidzić. Nie można budować przyszłości na gruzach jakiegokolwiek szacunku.
Przeczytałam ostatnio, że właśnie ten szacunek należy się bezwarunkowo. I ja, tak mi się wydaje, dałam go w ten sposób. Z czasem jednak... Z każdym kolejnym ciosem, słowem, awanturą jednak go traciłam. Z przerażeniem chwytałam okruchy tego dobra i próbowałam łagodzić skutki utraty szacunku... I myślę, że nadal go posiadam, jednak jestem zbyt zdewastowana psychicznie, by mogła go okazać.
Mówię do siebie w ostatnich dniach bardzo dużo. Tłumaczę sobie. Tłumaczę jego. Tłumaczę sobie wszystko po kolei. Ale w takie dni jak dzisiaj mam w sobie tyle łez, że z trudem je tamuję. Tyle we mnie jest sprzeczności. Dlatego potrzebuję, muszę znaleźć pomoc. By wstać i zrozumieć, że może to nie jest tak, że to wszystko nie ma sensu. Że może pewnego dnia spotka mnie coś dobrego, coś na co czekałam tyle lat...
A to tylko fragment... Wiem, że tkwią we mnie demony przeszłości. Wiem, że trzeba je w końcu okiełznać. Myślałam tylko, naprawdę byłam pewna, że JP też zechce powalczyć ze swoimi... Tak, bym mogła bez bólu i strachu kroczyć z nim tą samą ścieżką...
To boli, bardzo. Gdy okazuje się, że nic nie było i nie jest takie, jak sądziłam, że jest.
niedziela, 2 kwietnia 2017
A niech to wszystko diabli!
Witajcie w niedzielę :)
Moje słowo na dzisiaj nie będzie chyba żadnym odkrywczym postulatem na rzecz feminizmu. Nie jestem nawet w miligramie antyfanką facetów. I stąd też nie dowiecie się jak to niezależnie sobie radzę w kołowrotku wydarzeń.
Będzie trochę optymistycznie. Dopięłam swego. Utarcie nosa temu mojemu sprawc emocjonalnych wirówek wypadło nawet nieźle. Przebakiwał, że jak go zostawię, to mu się świat zawali. Mówił też, że jak jestem na niego zła, to ma wrażenie jakby czas się zatrzymał.
Biedny chłopiec. Naprawdę. Panowie, co z Wami? Kiedy się nauczycie, że nie warto skakać po kobiecie, nie warto jej wystawiać na próby cierpliwości. Nie można tak bezkarnie sobie mówić co się chce i liczyć na to, że ona zapomni. Ja jestem żywym przykładem na to, że głęboko chowam urazy i wyciągam najcięższą artylerię zawsze, kiedy już ta zupełna bezsilność wypływa mi każdym otworem ciała.
Więc dzisiaj wreszcie dałam sobie upust. I co? JP jaki skruszony zadzwonił po południu. Że on sobie zapamieta, co mnie drażni (który to już raz?), że on nie chce się kłócić, że to nie ma sensu, bo okropnie tęskni, a jak mnie nie ma, dostaje na łeb. Nie wiem, może mi się serce zamroziło gdzieś w okolicach 2014 roku? Może to wtedy w moim mózgu mi się przestawiła jakaś klepka i przysięgłam sobie, że żaden facet nie będzie sobie ze mną pogrywał, choćbym kochała go do utraty tchu.
I taka ze mnie królewna z drewna. Pieprzona czarownica, która ciska zaklęciami w przypływie złych emocji. Taka jestem. Nieobliczalnie rozedrgana jak membrana między tymi dobrymi a złymi emocjami. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem nienormalna. I dobrze. Niech sobie gada.
Dlatego dzisiaj zabrakło mi cierpliwości. Bo dzisiaj jest taki dzień. Mam do niego prawo, jak każda kobieta na świecie. Czasem wkurwić się i nie patrzeć na konsekwencje. Nie mogę, nie chcę i nie potrafię być zawsze subtelna i delikatna. I biada każdemu, kto burknie coś nie tak. Nie dzisiaj, błagam.
Koję się natomiast ukochanymi chłopakami z Sigur rós. Dzięki nim okazało się, że wygrałam dzisiaj konkurs, w których można było wywalczyć fajne, bezprzewodowe słuchawki. Alleluja! Od dawna choruję na porządny sprzęt, który sobie będę mogła zabrać w każde miejsce. Jestem uzależniona od muzyki. Bezgranicznie więc się cieszę i czekam na kuriera. A jutro zamierzam zbawić świat sukienką w kwiatki i pokazać JP, że jak jeszcze raz podskoczy, to nie ręczę za siebie.
O nie!
<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/VFVtEQ6EmMs?list=PL7580EB3DAE176106" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
Moje słowo na dzisiaj nie będzie chyba żadnym odkrywczym postulatem na rzecz feminizmu. Nie jestem nawet w miligramie antyfanką facetów. I stąd też nie dowiecie się jak to niezależnie sobie radzę w kołowrotku wydarzeń.
Będzie trochę optymistycznie. Dopięłam swego. Utarcie nosa temu mojemu sprawc emocjonalnych wirówek wypadło nawet nieźle. Przebakiwał, że jak go zostawię, to mu się świat zawali. Mówił też, że jak jestem na niego zła, to ma wrażenie jakby czas się zatrzymał.
Biedny chłopiec. Naprawdę. Panowie, co z Wami? Kiedy się nauczycie, że nie warto skakać po kobiecie, nie warto jej wystawiać na próby cierpliwości. Nie można tak bezkarnie sobie mówić co się chce i liczyć na to, że ona zapomni. Ja jestem żywym przykładem na to, że głęboko chowam urazy i wyciągam najcięższą artylerię zawsze, kiedy już ta zupełna bezsilność wypływa mi każdym otworem ciała.
Więc dzisiaj wreszcie dałam sobie upust. I co? JP jaki skruszony zadzwonił po południu. Że on sobie zapamieta, co mnie drażni (który to już raz?), że on nie chce się kłócić, że to nie ma sensu, bo okropnie tęskni, a jak mnie nie ma, dostaje na łeb. Nie wiem, może mi się serce zamroziło gdzieś w okolicach 2014 roku? Może to wtedy w moim mózgu mi się przestawiła jakaś klepka i przysięgłam sobie, że żaden facet nie będzie sobie ze mną pogrywał, choćbym kochała go do utraty tchu.
I taka ze mnie królewna z drewna. Pieprzona czarownica, która ciska zaklęciami w przypływie złych emocji. Taka jestem. Nieobliczalnie rozedrgana jak membrana między tymi dobrymi a złymi emocjami. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem nienormalna. I dobrze. Niech sobie gada.
Dlatego dzisiaj zabrakło mi cierpliwości. Bo dzisiaj jest taki dzień. Mam do niego prawo, jak każda kobieta na świecie. Czasem wkurwić się i nie patrzeć na konsekwencje. Nie mogę, nie chcę i nie potrafię być zawsze subtelna i delikatna. I biada każdemu, kto burknie coś nie tak. Nie dzisiaj, błagam.
Koję się natomiast ukochanymi chłopakami z Sigur rós. Dzięki nim okazało się, że wygrałam dzisiaj konkurs, w których można było wywalczyć fajne, bezprzewodowe słuchawki. Alleluja! Od dawna choruję na porządny sprzęt, który sobie będę mogła zabrać w każde miejsce. Jestem uzależniona od muzyki. Bezgranicznie więc się cieszę i czekam na kuriera. A jutro zamierzam zbawić świat sukienką w kwiatki i pokazać JP, że jak jeszcze raz podskoczy, to nie ręczę za siebie.
O nie!
<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/VFVtEQ6EmMs?list=PL7580EB3DAE176106" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
środa, 29 marca 2017
Marsjanie atakują, a na pewno jeden z nich
Czołem!
Jestem taka zła, że sobie nawet nie wyobrażacie. I zamierzam tę złość wyładować na tej elektronicznej kartce. Jeśli pojadę zbyt personalnie, zbyt mocno, a potem będę tego żałować, to i tak mam to gdzieś. Dzisiaj poprawność polityczna nie istnieje.
Wiecie co? Przestałam rozumieć gatunek męski. Kompletnie. Natrafiłam na egzemplarz wyjątkowo trudny do ogarnięcia i do opisania jednym słowem. Wpadłam jak śliwka w kompot, bo na jego (nie)szczęście zakochałam się jak durna i podkładam głowę pod topór zbyt często i nazbyt ochoczo. I to już nie chodzi o to, że on ma trudny charakter - on jest zajebiście trudny sam w sobie, nie do objęcia słowami i myślami. Nie sądziłam, że w facecie mogą współistnieć tak rozszalałe emocje, skrajnie różne i zżerające siebie nawzajem, a przy okazji też mnie.
Po raz kolejny dzisiaj mówię "dość", po tym jak zostałam zmieszana z błotem za... wszystko. Okazuje się, że MAM BYĆ, zawsze kiedy ON tego POTRZEBUJE. Pal sześć moje problemy i sprawy, obowiązki, czy też potrzebę skupienia się w pracy. Jaśnie Pan (JP) z uporem maniaka co rano robi mi jazdy z różnych powodów takich jak: nie oddzwoniłam, nie napisałam, nie byłam, nie wysikałam się, nie powiedziałam tego, co potrzeba, nie ogarnęłam, a nawet jak to wszystko i tak zrobiłam to i tak jest do dupy, bo mogłam szybciej odpisać, natychmiast oddzwonić, że sikam za długo, że byłam, ale za krótko, że powiedziałam to a tamto nie tak itp, itd. Szału można dostać.
I dostaję. Nie panuję kompletnie nad emocjami, nie poznaję siebie. Zawsze spokojna, wyważona, a odkąd on istnieje w moim życiu wszystko przewraca się na łeb i szyję. Nie umiem reagować na jego ataki inaczej jak atakiem, chociaż staram się nie dawać wyprowadzać z równowagi.
Nie wspomnę już o tym, że jego agresja rozpieprzyła już niejeden wspólny dzień. I zawsze idzie o to samo. Zawsze coś zrobię nie tak, chociaż przecież mam prawo do własnego życia, które przecież nie jest tylko moje, tylko chcę je dzielić z nim.
JP właśnie wyładował się na mnie za niezdany egzamin na taksę. Na mnie, bo od wczoraj siedzę na telefonie z nim i mu tłumaczę, czemu nie mogę z nim pojechać, czemu muszę jutro wybrać się do Zielonej Góry na umówioną wizytę do hepatologa. Nie, ja powinnam siedzieć z nim, zakuwać z nim i głaskać po główce.
Nie idzie o szczegóły, ale przemyślenie mam jedno - pieprzony dzieciak. Niby facet dojrzały, a zachowuje się jak rozkapryszony bachor, który jak nie dostanie zabawki, to wpada w histerię. I ofiarą zawsze jestem ja. Od kilku miesięcy więc co jakiś czas mówię sobie "dość". Ale nie mam odwagi, by naprawdę to zrobić. Nadal go kocham, mimo miliona powodów, dla których go powinnam pogonić w cholerę. Powinnam odciąć od niego jak od przysłowiowego wrzodu na dupie.
Najgorsze, że on jest święcie przekonany, że mnie kocha. To ja się pytam - tak wygląda miłość? Wieczna jazda bez trzymanki, robienie mi awantur o byle co, agresja, która materializuje się w bardzo bolesny sposób? Tak wygląda miłość, jeśli wczoraj byłam królewną, a dzisiaj pieprzę się z kolegą z pracy?!
Ręce mi opadają coraz niżej i niżej. I patrzę na siebie taką bezradną, czekam na moment aż naprawdę nie będę w stanie podnieść się z dna. I jestem zła na siebie. Że nie mam takich wielkich, stalowych cojones, by po prostu odejść. Dać mu do zrozumienia, że stracił wszelkie szanse.
Czuję się po prostu zajechana, zmęczona, pocharatana i zupełnie bezużyteczna. Tylko dlatego, że po wielu awanturach powiedziałam, że nie będziemy razem mieszkać, że moi rodzice wiedzą, co wyczynia, tylko dlatego, że mam po prostu dość właśnie zostałam okrzyknięta "ździrą" i "kurwą".
Mówię dzisiaj nie. Dość. Nie będę workiem treningowym.
Nie będę.
I mam dość facetów na długo. Mam dość wychowywania porąbańców. Mam dość bycia lepszą, bo to chyba nie na tym polega, by być lepszą, ale na tym, by ten ktoś widział we mnie coś lepszego.
Oczywiście, że pracowałam nad tym, by było ok. Na tyle na ile mogłam, poświęcałam siebie, czas, swoje pokłady empatii. I co? Tylko po to, by za chwilę usłyszeć, jaka jestem beznadziejna.
Mam wrażenie, że obserwuję dojrzewanie nastolatka. Wpakowałam się w jakąś historię bez przyszłości. I boli cholernie, bo mimo wszystko go kocham, bo potrafił pokazać mi najlepsze cechy, a potem to po prostu rozpierdolił.
Dość. Dość. DOŚĆ!!!!
czwartek, 23 marca 2017
Korpo-ściema
Dzień dobry się z Państwem,
Byłam wczoraj na rozmowie rekrutacyjnej do korpo. Poszłam w zasadzie z ciekawości i litości - zostałam bowiem złapana za ogon przez rekruterkę w internetach i żal mi się kobiety zrobiło, bo tak ładnie pytała, czy bym nie chciała wziąć udziału w rozmowie o pracę.
Przeczytałam ogłoszenie i wysłałam CV. W sumie to o tym zapomniałam, aż w zeszłym tygodniu zadzwonił telefon i przemiła Pani poinformowała mnie, że jestem zaproszona na rozmowę. Doprawdy? Umówiłam się i... poszłam. Tylko zapomniałam się ładnie ubrać.
Zapytacie - czemu mam taki olewatorski stosunek do potencjalnego pracodawcy? Ano już wspominałam, że mam pracę marzeń. I raczej nie planuję zmiany. Mam jedynie takie zboczenie, fetyszek, który każe mi chodzić na rozmowy i przyglądanie się rekrutacjom z bliska, by ocenić, jak gówniane zajęcie mogłabym wykonywać, gdybym nie pracowała tu, gdzie pracuję obecnie.
Do rzeczy!
Wczoraj o godzinie 17:00, po całodniowym tyraniu i użeraniu się z mediami, stawiłam się na rozmowie w bardzo ładnie urządzonej (minimalizm!), klaustrofobicznej salce spotkań. Przeszklone drzwi, imitacja intymności, jakiś plakat mówiący o tym jak Kate znalazła swoją pierwszą pracę dzięki radom rekruterów z firmy MP. Kate?! Serio? A nie powinna być Kasia? Co z tego, że miała skośne oczy. Takich Kaś jest sporo w naszym kraju. Przerzuciłam wzrok na biureczko. Czyste, schludne, białe i rażące po oczach, bo oczywiście nade mną wisiała lampa emitująca światło takiej jakości, że po 9h spędzonych przed kompem, potem godzinnej jeździe do centrum, moje zmęczenie pewnie było wypukłe i żylaste. Co tam. Olewam, nie jestem tu bowiem po to, by zdobyć tę pracę.
Scena 1 Wchodzi Pan Rekruter
Po uściśnięciu ręki, siadamy, wymieniamy drobne uprzejmości o późnej godzinie spotkania (Ty padalcze, czekałam 15 min na Ciebie!) i niewątpliwie gorszej formie Pana Rekrutera. Bywa. Ja też nie byłam reklamą świeżości ,acz zdążyłam skropić się nieco perfumą zanim rzeczony nadszedł.
Zanim rozpoczął wypytywanie mnie o standardowe rzeczy, pobiegł dwa razy wymienić długopis. Uśmiecham się tępo. Serio?
Scena 2 Niech Pani opowie o swoim doświadczeniu zawodowym
O litości! Jak ja nienawidzę tego pytania. Widzi to to, czarno na białym, co robiłam, gdzie pracowałam, czym się zajmowałam. W moim CV zawsze w jednym zdaniu opisuję najważniejsze obowiązki przy danym zajęciu. Co tu więcej drążyć? W każdym razie Pan Rekruter (PR) pyta i nie słucha. Serio. W pewnym momencie mówię coś o budowaniu wizerunku marki w sieci i czekam na dopytanie: zajmuje się pani też marketingiem online? Ale pytanie nie pada. Nic nie pada. Tylko moja powieka i jego też. Tyle, że z trzaskiem.
Scena 3 Opowiem Pani o tej pracy
Ah! Wspaniale było! Praca marzeń w korpo, 8 godzin spędzonych na klepaniu w klawiaturkę cyferek, liczb i innych słodkości związanych z Excelem. Pal sześć, że nie jestem Excelowa.
- To Pani nie zna Excela?
-No... nie do końca. Nie jestem biegła, zresztą nie ma takiej informacji w moim CV.
- No tak, teraz widzę.
Wniosek? PR nie przeczytał dokładnie mojego dokumentu. Faux pas! Ale wybaczyłam, i tak mi nie zależy. Ciągnąc dalej, korpo jak korpo, praca w blendzie czy tam ołpen spejsie, przerwa na ultra-vege-sojo-bezgluteno-bezcukrowo-chujowe żarcie z kafeterii na parterze, po czym człap człap na kolejny czelendż. Karta multisport, bo przecież gdzieś trzeba będzie wyrzucić z siebie lęki i frustracje, a jakbym zapadła na coś poważniejszego, prosz! Luxmed pakiet podstawowy, czyli Lux-Pocałuj-Mnie-w-Dupę-Med. Dowiaduję się, że będę pracować przy księgowaniu, rozliczaniu i planowaniu tzw. Makreting Funds, natomiast PR nie umie mi wyjaśnić jak to dokładnie działa i myli mu się Afryka z Ameryką. Którąkolwiek.
Scena 4 Pani doświadczenie z korporacją
O losie! Nie chciałam być niemiła i powiedzieć, że jak słyszę korpo widzę scenę z klipu Pink Floyd jak potwór wciska dzieci do domku a'la maszynka do mięsa i przodem wypełzają niczym robaczki zmielonej, bezkształtnej masy. Nie chciałam też mówić, że nevermore. Ale skoro przyszłam to rzekłam: Korporacja uczy wiele rzeczy o samym sobie i może uświadomić człowieka, jakie ma mocne i słabe strony. Tyle. Pan jednak ciągnął pytanie: co Pani przez to rozumie? Oh, błagam! Nie chciałam być niemiła po raz kolejny więc rzekłam: Wie Pan, ma się świadomość, że można być świetnym w excelu a dawać kompletnie ciała podczas prezentowania raportu przed ludźmi. Pan nie pociągnął tematu. Chyba skumał.
Scena 5 Odezwiemy się
Ani słowa o angielskim (język korpo wszakże), ani słowa o szkoleniach (jakieś będą, ale nie wiem jakie), ani słowa o możliwości awansu (najlepsi dostają etat na stałe po trzech miesiącach).
Wyszłam na wpół odziana w kurtałkę, bo Pan po rozmowie wyjrzał zza salki i stwierdził:
- Wszyscy już poszli to ja Panią wyprowadzę tylnymi drzwiami.
I tak zdradzona o zmierzchu poszłam sobie.
Pan powiedział na odchodne, że się odezwą za tydzień. No to sobie poczekam i podbiję stawkę wynagrodzenia. A co!
Byłam wczoraj na rozmowie rekrutacyjnej do korpo. Poszłam w zasadzie z ciekawości i litości - zostałam bowiem złapana za ogon przez rekruterkę w internetach i żal mi się kobiety zrobiło, bo tak ładnie pytała, czy bym nie chciała wziąć udziału w rozmowie o pracę.
Przeczytałam ogłoszenie i wysłałam CV. W sumie to o tym zapomniałam, aż w zeszłym tygodniu zadzwonił telefon i przemiła Pani poinformowała mnie, że jestem zaproszona na rozmowę. Doprawdy? Umówiłam się i... poszłam. Tylko zapomniałam się ładnie ubrać.
Zapytacie - czemu mam taki olewatorski stosunek do potencjalnego pracodawcy? Ano już wspominałam, że mam pracę marzeń. I raczej nie planuję zmiany. Mam jedynie takie zboczenie, fetyszek, który każe mi chodzić na rozmowy i przyglądanie się rekrutacjom z bliska, by ocenić, jak gówniane zajęcie mogłabym wykonywać, gdybym nie pracowała tu, gdzie pracuję obecnie.
Do rzeczy!
Wczoraj o godzinie 17:00, po całodniowym tyraniu i użeraniu się z mediami, stawiłam się na rozmowie w bardzo ładnie urządzonej (minimalizm!), klaustrofobicznej salce spotkań. Przeszklone drzwi, imitacja intymności, jakiś plakat mówiący o tym jak Kate znalazła swoją pierwszą pracę dzięki radom rekruterów z firmy MP. Kate?! Serio? A nie powinna być Kasia? Co z tego, że miała skośne oczy. Takich Kaś jest sporo w naszym kraju. Przerzuciłam wzrok na biureczko. Czyste, schludne, białe i rażące po oczach, bo oczywiście nade mną wisiała lampa emitująca światło takiej jakości, że po 9h spędzonych przed kompem, potem godzinnej jeździe do centrum, moje zmęczenie pewnie było wypukłe i żylaste. Co tam. Olewam, nie jestem tu bowiem po to, by zdobyć tę pracę.
Scena 1 Wchodzi Pan Rekruter
Po uściśnięciu ręki, siadamy, wymieniamy drobne uprzejmości o późnej godzinie spotkania (Ty padalcze, czekałam 15 min na Ciebie!) i niewątpliwie gorszej formie Pana Rekrutera. Bywa. Ja też nie byłam reklamą świeżości ,acz zdążyłam skropić się nieco perfumą zanim rzeczony nadszedł.
Zanim rozpoczął wypytywanie mnie o standardowe rzeczy, pobiegł dwa razy wymienić długopis. Uśmiecham się tępo. Serio?
Scena 2 Niech Pani opowie o swoim doświadczeniu zawodowym
O litości! Jak ja nienawidzę tego pytania. Widzi to to, czarno na białym, co robiłam, gdzie pracowałam, czym się zajmowałam. W moim CV zawsze w jednym zdaniu opisuję najważniejsze obowiązki przy danym zajęciu. Co tu więcej drążyć? W każdym razie Pan Rekruter (PR) pyta i nie słucha. Serio. W pewnym momencie mówię coś o budowaniu wizerunku marki w sieci i czekam na dopytanie: zajmuje się pani też marketingiem online? Ale pytanie nie pada. Nic nie pada. Tylko moja powieka i jego też. Tyle, że z trzaskiem.
Scena 3 Opowiem Pani o tej pracy
Ah! Wspaniale było! Praca marzeń w korpo, 8 godzin spędzonych na klepaniu w klawiaturkę cyferek, liczb i innych słodkości związanych z Excelem. Pal sześć, że nie jestem Excelowa.
- To Pani nie zna Excela?
-No... nie do końca. Nie jestem biegła, zresztą nie ma takiej informacji w moim CV.
- No tak, teraz widzę.
Wniosek? PR nie przeczytał dokładnie mojego dokumentu. Faux pas! Ale wybaczyłam, i tak mi nie zależy. Ciągnąc dalej, korpo jak korpo, praca w blendzie czy tam ołpen spejsie, przerwa na ultra-vege-sojo-bezgluteno-bezcukrowo-chujowe żarcie z kafeterii na parterze, po czym człap człap na kolejny czelendż. Karta multisport, bo przecież gdzieś trzeba będzie wyrzucić z siebie lęki i frustracje, a jakbym zapadła na coś poważniejszego, prosz! Luxmed pakiet podstawowy, czyli Lux-Pocałuj-Mnie-w-Dupę-Med. Dowiaduję się, że będę pracować przy księgowaniu, rozliczaniu i planowaniu tzw. Makreting Funds, natomiast PR nie umie mi wyjaśnić jak to dokładnie działa i myli mu się Afryka z Ameryką. Którąkolwiek.
Scena 4 Pani doświadczenie z korporacją
O losie! Nie chciałam być niemiła i powiedzieć, że jak słyszę korpo widzę scenę z klipu Pink Floyd jak potwór wciska dzieci do domku a'la maszynka do mięsa i przodem wypełzają niczym robaczki zmielonej, bezkształtnej masy. Nie chciałam też mówić, że nevermore. Ale skoro przyszłam to rzekłam: Korporacja uczy wiele rzeczy o samym sobie i może uświadomić człowieka, jakie ma mocne i słabe strony. Tyle. Pan jednak ciągnął pytanie: co Pani przez to rozumie? Oh, błagam! Nie chciałam być niemiła po raz kolejny więc rzekłam: Wie Pan, ma się świadomość, że można być świetnym w excelu a dawać kompletnie ciała podczas prezentowania raportu przed ludźmi. Pan nie pociągnął tematu. Chyba skumał.
Scena 5 Odezwiemy się
Ani słowa o angielskim (język korpo wszakże), ani słowa o szkoleniach (jakieś będą, ale nie wiem jakie), ani słowa o możliwości awansu (najlepsi dostają etat na stałe po trzech miesiącach).
Wyszłam na wpół odziana w kurtałkę, bo Pan po rozmowie wyjrzał zza salki i stwierdził:
- Wszyscy już poszli to ja Panią wyprowadzę tylnymi drzwiami.
I tak zdradzona o zmierzchu poszłam sobie.
Pan powiedział na odchodne, że się odezwą za tydzień. No to sobie poczekam i podbiję stawkę wynagrodzenia. A co!
wtorek, 21 marca 2017
Pierwszy Dzień Wiosny!
Dzień dobry,
Jak na Pierwszy Dzień Wiosny przystało, witam ten czas kwieciście. Wczoraj w końcu dotarły do mnie zamówione sukienki. I jestem bardzo szczęśliwa, bo mogłam wreszcie po latach suchych kupić sobie coś naprawdę wyjątkowego, tylko dla siebie, nie oglądając się na inne wydatki. A ponieważ wiosna dla mnie to czas iście magiczny, zamierzam świętować do woli.
Nie jestem fanką jakiś wyszukanych rytuałów. Raczej skupiam się na tym co daje przyjemność. Zdrowy hedonizm nigdy nikomu nie zaszkodził, a już na pewno, kiedy robimy coś dla siebie i tylko dla siebie.
Mam to (nie)szczęście, że nie posiadam dzieci, męża, rodziny swojej własnej, ostatnio mieszkam z rodzicami, gdyż ponieważ iż Były nie zamierzał pomóc mi w finansowych problemach, które sobie sami stworzyliśmy i musiałam tymczasowo wylogować się z miasta. Jednak pełna determinacji chcę wrócić i ta perspektywa staje się bliższa. O tym jednak nie chcę dzisiaj rozmawiać. Bardziej chciałam Wam opowiedzieć, a może i podpowiedzieć, co warto zrobić, by przejść przez Wiosnę z uśmiechem i siłą, której często brakuje tak na co dzień. A nowa pora roku i odradzanie się przyrody może skutkować wieloma pozytywnymi wydarzeniami.
1. Kup sobie książkę - jakąkolwiek. Nie musi to być jakieś srogie tomiszcze. Może być to powieść, tomik wierszy, poradnik, atlas grzybów czy cokolwiek, co wpadnie Ci w rękę. Nie wiem, czy tak macie, ale ja, kiedy odwiedzam skład taniej książki, często mam wrażenie, że to książka wybiera mnie. Dzisiaj np. zakupiłam sobie poradnik o wypędzaniu wewnętrznego krytyka z samej siebie. Bo tak. Bo okładka aż zachęcała do przygarnięcia. I jeśli nie macie księgarni na podorędziu, lećcie do Biedry :) Tam ostatnio kupiłam najwięcej książek, między innymi wyczekaną i wytęsknioną "Maestrę" za połowę ceny :)
2. Zjedz owoca - ja gustuję w gruszkach. W tej samej Biedrze kupuję raz w tygodniu wielką gruchę, czekam aż dojrzeje leżąc na stole i zajadam. W ogóle po zimie pragnę owoców. I warzyw. A to zbawiennie działa nie tylko na moje zdrowie, ale też świetnie poprawia humor, bo te cukry, bo hormony szczęścia i oczywiście pestycydy. Niestety, nieuniknione, ale co tam.
3. Słuchaj muzyki - czasy, kiedy słuchałam jedynego, słusznego metalu i grunge przeminęły. Teraz szukam, raczę się i kosztuję muzykę z różnych półek. Ostatnio jest to Manu Shrine :) Idealne na podróż z i do pracy. Plus kilka takich wstydliwych kawałków jak ten :) Aczkolwiek, ostatnio zainspirował mnie nurt Dark Cabaret i piosenka o tym, jak Pani twierdzi, że chce jeszcze jeden kieliszek nim porzyga się do zlewu :)
4. Idź na spacer i zbierz fanty - coś w rodzaju geocoachingu w wersji lokalnej. Idziesz sobie na spacerek, szukasz skarbów. Mogą być to suche badyle, pierwszy śpiew kaczek, łyżeczka obłoku, cokolwiek. Może być nawet martwa biedronka. I tak sobie wrzucasz do kieszeni to i owo, albo uwieczniasz na zdjęciu i od razu świat jest piękniejszy.
5. Pogadaj z mamą/babcią/ciocią/kuzynką/przyjaciółką - grunt, by z kobietą. Mnie takie pogaduchy zawsze robią lepiej. A kiedy można jeszcze się pośmiać, to już jest królestwo. Kobiety mają taką przemocną aurę wokół siebie. A gadanie nawet o niczym może zainspirować albo pchnąć do działania.
6. Zrób sobie prezent - nowe gacie na wiosnę, naszyjnik, wspomniana książka, lusterko, para rajstop, czy kiecka. Jak sobie dasz prezent to poczujesz się szczęśliwsza. Warto być dla siebie wyrozumiałą, warto czasem dać sobie nagrodę, chociażby jak ja daję sobie nagrodę za to, że rano dzielnie wstaję przed świtem i cisnę do pracy.
7. Daj szansę facetowi - o ile jest tego wart.
8. Zmień tło na pulpicie - ja wrzuciłam sobie mdłą grafikę z łapaczem snów. Bo lubię. I kupię sobie taki, jak tylko będę obok jakiegoś india shopu. Bo bibeloty to jest to.
9. Idź na koncert - olać kluby. Koncert to jest to. Ja wybieram się na dwa w najbliższym czasie. I wspaniale mi z tym poczuciem, że znowu zetknę się z muzyką na żywo.
10. Uśmiechnij się czasem do siebie - w windzie w budynku mojej pracy jest lustro. Codziennie rano posyłam sobie ciepły uśmiech. Taki, który doda otuchy. Taki, który może wygląda krzywo, ale jest fajny. Warto!
Życzę Wam nieustannej wiosny!
poniedziałek, 20 marca 2017
Kobieta puch marny
Czołem :)
Poniedziałek trwa w najlepsze. Pochylam się nad fusowatą kawą, bardzo dobrą zresztą. I szukam sensu. Zwykle mam problem z wystartowaniem w nowy tydzień, teraz jednak nie jest tak źle. Początek astronomicznej i kalendarzowej wiosny. A więc i czas rozkwitu. Znowu mam energię i jakoś przesilenie przechodzę łagodniej niż zwykle. A musicie wiedzieć, że jako meteopatka mam problem z wysokim, niskim i chujowym ciśnieniem ;)
Nie o tym jednak. O pogodzie nie będziemy gadać. Na to będzie czas na emeryturze w kolejce do lekarza.
Dzisiaj przeczytałam niusa, że gdzieś tam w Warszawie znowu jakiś lekarz ginekolog (chyba tylko z dyplomu) odmówił kobiecie przepisania środków antykoncepcyjnych. Bo "te zabijają kobiety". Zawiesiłam nos na chwilę nad tym niusem i się wzdrygnęłam. Jak można wysnuwać taką kategoryczną opinię, skoro powszechnie wiadomo, że nowoczesne środki antykoncepcyjne praktycznie wcale nie zagrażają życiu kobiet, o ile te stosują się do ścisłych zaleceń. Są oczywiście Panie, które w trakcie hormonoterapii maja za nic ostrzeżenia o działaniach niepożądanych, występujących przy okazji zaposiadania odpowiednich schorzeń.
Brałam tabletki anty przez ładnych kilka lat i zawsze miałam na uwadze ulotkę dołączona do opakowania. Zawsze szczegółowo wypytywałam lekarza jak może taka tabletka zadziałać na mnie poza oczywistym faktem chronienia przed ciążą. I co? Miałam pięciu ginekologów. Najlepszy był taki starszy Pan, lekko rozklekotany. Ale sumiennie mi wyjaśniał, tłumaczył i bardzo ładnie postępował ze mną jak przychodziłam na badania.
A teraz w dobie tzw. klauzuli sumienia mamy takie kwiatki. Lekarze jakby zmienili się w kaznodziejów i władców naszego, kobiecego losu. Nic tak bardzo nie wkurza jak zdanie jakiegoś faceta, który nigdy nie przeżył akcji związanych z okresem, nadżerką, porodem, poronieniem i torbielami na jajnikach, mówi co i jak powinnyśmy. Nie ma bladego pojecia jak to jest być kobietą, a stawia siebie jako znak równości pomiędzy jej potrzebami a swoim sumieniem, które często gęsto nie ma żadnego znaczenia, gdy idzie o jej zdrowie i bezpieczeństwo.
Żeby nie było, nie jestem za tym, by przepisywać hormony młodym dziewczynom (do 18 roku życia), ale też nie można odmawiać podstawowego prawa do wiedzy na temat wszelkich metod antykoncepcji. Na szczęście nie trafiłam na takiego bogobojnego służbistę... I dobrze. I mam nadzieję, że te małe kobietki, które mnie otaczają niekiedy, będą miały podobne szczęście.
Zresztą, byłam ostatnio na marszu z okazji 8 marca. I powiem Wam tylko tyle - jak już baby się wściekają i wychodzą na ulicę, to już jest kiepsko.
I nie mogę patrzeć na łysą pałę ministra zdrowia. No po prostu nie mogę.
wtorek, 14 marca 2017
Co daje praca PR-owca?
Cześć czołem :)
Jak na wtorek, to całkiem sporo pracy miałam i mam. Nie zawsze tak jest, ale odkąd pracuję zawodowo, czyli już... uwaga 8 lat, jestem przyzwyczajona do zmienności tempa pracy. A tej miałam sporo w swoim życiu jak do tej pory. Zaczęłam od gównianej pracy lektora z dojazdem na zajęcia do słuchacza. Pewnie kiedyś poświęcę tym historiom więcej czasu. Wniosek jaki nasuwa mi się w tym momencie jest jeden - nevermore. No, ale czego mogła oczekiwać dziewuszka wypuszczona spod skrzydeł matki i ojca, z dyplomem licencjata w kieszeni i wielkimi wyobrażeniami o mieście wojewódzkim? Nie, nie byłam pyszna, byłam... chyba przestraszona, ale świetnie się z tym kryłam. Potem przeżyłam epizodzik w jakimś dziwacznym biurze jako... konsultant językowy, czyli de facto wykonywałam tłumaczenia (!) dokumentów biurowych i biznesowych, o których nie miałam pojęcia. Ta historia też zasługuje na osobny wątek, gdyż skończyła się (dla właścicieli) więzieniem. Następnie wylądowałam na prawie 6 lat w szkole jako nauczycielka j. angielskiego. Skończyłam studia magisterskie, popałowałam się z rodzicami (dzieciaki były ok). I wylądowałam w efekcie w korpo. Ta instytucja jednak bardzo mnie rozczarowała, ja pewnie też instytucyję rozczarowałam swoją niefrasobliwością. W każdym razie etap zamknięty i bardzo dobrze. Na pewno nigdy więcej do głowy mi nie przyjdzie szukanie pracy w strukturach powszechnie znanych jako wyzyskujących.
Natomiast od sierpnia 2016 jestem szczęśliwą pracownicą maleńkiej agencji PR-owej. I jest mi tutaj najlepiej. Już nie wspominam o tym, na czym ta praca polega, bo wystarczy sobie wyguglować, ale jakimi dobrociami mnie to zajęcie obdarowało. A jest czym się chwalić:
1. Pewność siebie - jako osoba o niskich zasobach tego pierwiastka osobowości, muszę przyznać, że odkąd tu pracuję jestem bardzo pewna siebie. Swoich umiejętności, swojej pozycji, swojego talentu. Bo co tu ukrywać, PR-owiec jest pisarzem, czyta w myślach, badaczem, znawcą reklamy, znawcą trendów i bogowie wiedzą kim jeszcze. Jeszcze nigdy nie miałam takiego poczucia, że dobrze to robię, a skoro dobrze, to znaczy, że mogę być dumna z efektów. I okazuje się nagle, że świat nie gryzie. A wręcz przeciwnie - to ja kąsam świat.
2. Kreatywność - zawsze należałam do tzw. artystycznych dusz. Tutaj nieco poukładałam sobie i pogrupowałam to, co nazywa się twórczym chaosem, a sztywną ramą kreatywności. Więc piszę, wymyślam, piorę sobie mózg i czytam. Bardzo dużo czytam. Jeśli ktokolwiek w szkole mówił, że czytanie ubogaca, to na pewno miał rację. Dzięki lekturze czasopism, newsletterów z przeróżnych stron branżowych itp. pomysły same wchodzą do łba. Albo tam koczują i czekają na dobry moment.
3. Skupienie na szczegółach - moja pięta Achillesa. Niestety. Jestem z tych roztrzepanych, trochę roztargnionych i nieprzewidywalnych w działaniu osób. Nie zawsze jest to mile widziane w zawodzie PR-owca. Dlatego ciągle uczę się tego, by jednak brnąć do celu, sedna, niż rozdrabniać na części ente każdą myśl.
4. Zarządzanie czasem - jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. W PR-ze ta zasada wydaje się być nadrzędną. Dlatego trzeba dobrze zarządzać czasem, nim coś się spieprzy. Układanie planu na dzień, tydzień i miesiąc pomaga ogarnąć chaos, a więc roztargnienie. A to w konsekwencji prowadzi do sukcesu. Tutaj miernikiem jest ilość miesięcznych publikacji i wywalczonych działań dodatkowych.
5. Elastyczność - tak, tak, tak! Doskonale jest móc pracować w warunkach sprzyjających nie tylko kreatywnemu myśleniu, ale też w spokoju. Nie oznacza to, że nie odczuwam presji deadlinu. Ten istnieje i straszy zawsze. Bardziej odnoszę się do kwestii podejścia do pracy, swojego i mojej szefowej. Pewna swoboda działania, rozpoznawanie swoich potrzeb na tle potrzeb klienta, a na koniec możliwość pracy w domu czy też przedweekendowe wino do zamówionego chińczyka sprzyja... wszystkiemu!
Póki co jestem bardzo zadowolona z miejsca i czasu, w którym jestem. Nie przewiduje zmian, ale jeśli i te nadejdą, chcę iść tą drogą. I bardzo podoba mi się ta myśl, że już nie muszę szukać i kombinować. Wreszcie wiem, czego chcę.
poniedziałek, 13 marca 2017
Marcowa dziewczyna
Udało się przeżyć urodzinowy zawrót głowy! I to z przytupem. Wyobraźcie sobie, że nie miałam doła w tym roku. Jak to zwykle co roku przeżywam nieuzasadniony spadek formy w dzień swoich urodzin. Jednak tym razem, mimo czarnej rozpaczy wynikającej z kolejnego roku dokooptowanego do mojej zacnej metryki, udało się fantastycznie spędzić czas. I przeczuwam, że od tego roku przestanę chyba się przejmować ubywającym czasem. Nie powiem, nie zmieniło mi się podejście do życia, nie zmienił mi się charakter, nadal mam przeciąg w głowie, ale chyba dochodzę do wniosku, że nie będę na siłę starać się czegokolwiek ulepszać, kreować czy przeorganizowywać. Wystarczy chyba to, że stuknęła mi trzydziestka w stylu jaki najbardziej lubię. Z kolorowym drinkiem w ręce. Czułam się jak królowa świata, piękna, uśmiechnięta, zadowolona. I mimo ostatnich zawirowań, wychodzę z problemów.
A tych było niemało przez ostatni rok. W ogóle cały 2016 był dla mnie rokiem patowym. Zawiodłam się na najważniejszych osobach w moim życiu, popadłam w mega problemy finansowe, potem okazało się, że poważnie choruję, a na koniec mój związek z nowym facetem zawisł na włosku. I jakoś tak, wielki finał w Nowy Rok musiał chyba w końcu pierdolnąć, by teraz wstać z popiołów jak feniks. Powoli sytuacja się prostuje, mam jakieś cele, wreszcie odetchnęłam po ogarnięciu finansów, zdrowie też ma szansę wrócić do normy. A nowy facet? Walczy o mnie. O jak on walczy. Całkowicie się poświęcił temu zadaniu, chociaż zdarzają mu się spektakularne wpadki. Nie będę wchodzić w szczegóły, zapewne pewnego dnia o tym poczytacie.
Ale co jest najważniejsze. Żyję! Istnieje życie po porażkach. Istnieje życie po amputacjach ludzi w swoim egzystowaniu. Istnieje też coś takiego, co ja nazywam zrównoważone poziomy szczęścia. A więc po burzy wychodzi słońce, a sinusoida brnie dalej.
Najwyraźniej tak musi być w moim życiu. Czasem pod górkę, czasem na luzie można z niej zbiec. I wiecie co? Warto przeżywać emocje, każde, warto walczyć o siebie, warto snuć plany, nawet te najbardziej nierealistyczne. Moje się spełniają. Za miesiąc w ramach prezentu na urodziny idę na koncert mojego ulubionego zespołu: Riverside , myślę o tym, by zapisać się na jakieś zajęcia z jogi. Może zaplanuję jakiś wyjazd w okolice? Może uda się wszystko pięknie przeżyć?
Jestem teraz szczęśliwa. Chciałabym być też jutro.
piątek, 10 marca 2017
Ojezusmaryjochrystusieniebieski to za dwa dni!
Nie zacytuję żadnego klasyka, gdyż ponieważ iż nie mam ani siły ani weny twórczej, by paradować tutaj wzniosłościami i nie wiadomo jakimi wysublimowanymi wstępami. Bardziej z przekory, z wyraźnym akcentem na wystawianie jęzora pokrętnemu światu niźli z poczucia misji - oto jestem! Ja. Polly, dla znajomych Pani Polly. W przededniu przepoczwarzania się w ryczącą trzydziechę, siadłam, z herbatą, zimnym nosem i czarnymi jak święta ziemia pazurami do pisania...
Pani Polly kończy za 3 dni! swoje 30 urodziny. Taki mały doomsday. Takie nic. No bo co ma się zmienić? Nagle, w cudowny sposób o północy zmienię się w żabę? Albo inne paskudztwo? Nie, przecież nic się nie wydarzy. Ot, kolejny rok. I co? Tak ma wyglądać moje życie? W wiecznym rozpiździaju? Chyba żartujesz, Życie, co? Żartujesz na serio, bo jak sobie na Ciebie patrzę, to mnie śmiech ogarnia. Taka jestem cwana, bo wyściubiam na Ciebie moje gały zza rogu, nie mając odwagi wyjść z cienia. Taka jestem mądra, bo oh no matko, jestem dorosła. Ale coś Ci powiem Życie. Nie jestem dorosła w żadnym calu. Świadczyć o tym może nie tylko to ,że matula natura obdarowała mnie syndromem "late bloom" (dojrzewająca później, wtf?!), ale też to, jak ja siebie czuję w środku. No więc jak? Bardzo proszę. Nadal w kiełbie i we łbie mam pokołtunione włosy, nadal noszę mentalne trampki, nadal śmieję się z głupich rzeczy, a jeszcze bardziej płacze nad rozlanym mlekiem. Nadal mam syf jeśli chodzi o wewnętrzne życie. Chwytam się przeróżności na sekundę i już mnie rwie, nudzi i ciągnie w drugą stronę. A to mam ciągle poczucie niezrozumienia, nietrafienia, nieakceptowania, nie i jeszcze raz nie. Ciągle siedzę na tym kamieniu filozoficznym i rozprawiam na marginesie, co ja, poczciwa Pani Polly, wyprawiam w danym momencie. Toż to nie tak.
I nie, nie mam tutaj na myśli historii rodem z Harlequinnów. Szczerze? Chrzanię takie romansidła. Nigdy nie lubiłam ich zresztą, acz czytywałam z wypiekami na twarzy jako dziecię podrosłe z cudownie wyhodowaną plantacją pryszczy na czole, pod osłoną nocy w tajemnicy przed mamą. Bo oni tam seksy uprawiali, a ja miałam 12 lat i ledwie kumałam czaczę. Nieistotne zresztą. No to nie chodzi o romanse, nie o faceta, nie o pracę, nie o... Chociaż, tak, będę o tym nawijać. Będę pewnie nie raz personifikacją wkurwienia na te aspekty i osoby. Ale... Przede wszystkim chodzi o MNIE. Jako jednostkę. Gdzie ja do cholery jasnej pędzę, pełznę, brnę, idę, frunę? Dokąd to?
No i chcę sprawdzić, czy przez cały rok, kolejne lata może, będę miała jakiś jasny pogląd, czy ta 3-dziestka to żart i chichot losu, czy może jednak jest w tym sens, w tym powolnym procesie starzenia się i czy jest na to jakiś psychologiczny kwas hialuronowy?
Witajcie więc, zapraszam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







