czwartek, 4 maja 2017

HCV to nie wyrok

Cześć!

Po majówkowych dylematach wracam spokojnym krokiem w stronę upragnionej idylli. Ten daje mi praca i czasem może niespieszna herbata wypita z mamą wieczorem. W domu mam azyl i wszystko nabiera innych barw. Powoli zbieram do kupy roztrzaskaną rzeczywistość. JP nie daje o sobie zapomnieć... Ale dzisiaj nie o tym. To zostawiam na potem. 

Dzisiaj jestem gotowa, by Wam opowiedzieć coś, co wydaje mi się ważne i potrzebne, gdyż obserwując świat dookoła, mam wrażenie, że trzeba wyjaśniać, naprowadzać i zdecydowanie "nauczać". 

Od czerwca 2016 wiem, że choruję na HCV, czyli żółtaczkę typu C. Do 2015 roku uważano w Polsce tę chorobę jako śmiertelną, gdyż nie mieliśmy dostępu do skutecznej terapii lekowej. Dla niewtajemniczonych, HCV to najgroźniejsza postać żółtaczki. Wirus atakuje wątrobę "z ukrycia" - przez wiele lat nie daje żadnych symptomów, niszcząc jej delikatną strukturę. Powoduje włóknienie organu, co może prowadzić do marskości i w ostateczności do raka wątroby. Osoby dotknięte tym poważnym schorzeniem mogą liczyć na przeszczep, jednak jak wiadomo, wątroby nie kupisz na straganie. 

Od 2015 roku mamy dostęp do skutecznej terapii lekowej dającej nawet 96% szans na zupełne wyleczenie. W latach poprzednich stosowano terapię interferonem, który poza niską skutecznością, doskonale wyniszczał organizm (spadek wagi, wypadanie włosów, samopoczucie jak przy grypie, bóle mięśni i stawów itp.). Dlatego na szczęście wymyślono leki działające na wszystkie genotypy tego wirusa i w przeciągu kilku tygodni można powiedzieć, że jest się wyleczonym (potwierdzają to oczywiście testy wykonywane po kilkunastu miesiącach po zakończeniu leczenia). 

Tyle słowem wstępu. Chciałabym Was uczulić na ten problem, bo o ile HAV (żółtaczka typu A - inaczej zwana pokarmową) oraz HBV (żółtaczka typu B - wszczepienna) są wyleczalne i istnieją na nie szczepionki, o tyle HCV to podstępny gad, który nie daje wyraźnych symptomów, a po cichu nas  zabijając często zostaje wykryty, gdy nasza wątroba jest w zaawansowanym stadium marskości. Dlatego wato robić badania krwi na obecność wirusa. Kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych, na wynik czeka się dzień. A ratują życie! Badajcie się proszę, zwłaszcza, gdy mieliście styczność z operacjami, zabiegami naruszającymi ciągłość tkanek lub kombinowaliście z narkotykami albo podejrzanymi salonami tatuażu. HCV przenosi się przez krew, dlatego bądźcie wyczuleni na wizyty u dentysty, kosmetyczki, fryzjera, gabinetach zabiegowych itp. 

Ja miałam to szczęście, że dowiedziałam się relatywnie wcześnie (wg. mojego lekarza zakaźnika mogłam to złapać wiele lat temu, gdzie, nie wiem.). Leki na HCV są w tym naszym pięknym kraju refundowane, ale kolejki (np. we Wrocławiu czy Poznaniu) oznaczają czekanie latami. Warto więc szukać alternatyw (inne szpitale i poradnie chorób zakaźnych lub sprowadzanie licencjonowanych generyków), jeśli się okaże, że jesteście faktycznie chorzy.

Jak wygląda życie z HCV? Zwyczajnie! :) Nie mam potrzeby stosowania jakiejś restrykcyjnej diety (nie ma czegoś takiego jak dieta wątrobowa), pracuję, spotykam się z ludźmi. Jedyne na co muszę uważać, to to, by nie narażać osób trzecich na styczność z moją krwią. Osobna szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, nożyczki do paznokci to chyba oczywista sprawa, więc nie pouczam o zasadach higieny. 
Oczywiście, życie z HCV wiąże się z paroma wyrzeczeniami - lepiej nie spożywać alkoholu, ograniczyć papierosy albo zupełnie rzucić, dbać o wypoczynek i spokój. Wątroba nie boli, więc nie ma czegoś takiego, że się cierpi. Może jedynie trochę psychicznie to wykańczać. 

Nie ukrywam faktu swojej choroby, nie spotkałam się ze społecznym wykluczeniem, jednak z doświadczenia wiem, że nasze społeczeństwo niewiele wie na temat HCV, a moim zdaniem powinno się mówić o tym dużo i głośno. 

W dodatku jestem na etapie kwalifikacji do leków na drugim końcu Polski i pomimo odległości, cieszę się, że niebawem będę wyleczona. Badajcie się! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz