Witajcie!
Sobota mija mi pod znakiem niechęci do świata i ludzi. Walczę z obitym śródręczem (boli niemiłosiernie), piję lampkę wina pół dnia i czytam sporo o tym, jak sobie można naprawić zjebane życie.
Wymyśliłam, że muszę, że potrzebna mi terapia. JP doprowadza mnie do stanu gorączki krwotocznej, kiedy już każde jego słowo odbija się we mnie tępym wulgaryzmem. Jak mantra powtarzam mu, co powinien zrobić, bym i ja mogła ruszyć z miejsca. Z godziny na godzinę wiem jednak, że nic z tego. On nie widzi problemu. Na koniec oczywiście zwyczajowo mam spierdalać.
Uwielbiam to. A kiedy już ubrałam wygodne buty i spierdoliłam, JP ma do mnie pretensje. Co za mały, zakompleksiony człowiek, pełen niezrozumienia. Wiedziałam, że tak będzie. Więc pewnie już moja głowa odpowiednio przestawiła się na myślenie - rób co chcesz, mów co chcesz, nie dotknie mnie to.
Obietnica, że nigdy więcej nie będzie przykrym chujem przysłowiowo rozpieprzyła się o rzeczywistość. A ja? Powiedziałam dość. Jak?
Otóż przez ostatnie dni, tygodnie postawiłam sobie ultimatum - albo będziesz przez niego chodzić struta i sztywna, albo wreszcie wystawisz dumnie pierś i pokażesz środkowy palec jego obelgom. Więc postawiłam na środkowy palec. Oczywiście nie bez konsekwencji. Każda nasza rozmowa kończy się jego wkurwieniem, a moim... o dziwo! spokojem. Wiem, że tak muszę. Konsekwentnie mówię, co myślę i nie zmieniam zdania.
Przez ostatni tydzień słyszałam już, że mnie kocha, nienawidzi, że mnie ma w dupie, a na koniec, że znowu go wkurwiam. Facet ma niewątpliwie problem z asertywnością. Gdyby kobieta, którą kochasz powiedziała dość, czy byś zachowywał się jak rozhisteryzowany przedszkolak? Nie wiem, ale na moje chyba nie.
Może faktycznie moje zeszłe związki nauczyły mnie bycia suką, ale nie mam temu za złe. Kiełkuje we mnie przekonanie, że jednak jestem coś warta i, że zasługuję na porządnego, wspierającego i ROZUMIEJĄCEGO faceta.
Dociera do mnie, że by zmieniło się moje życie, ja muszę pracować nad sobą. Stawiać granice, które on poprzekraczał na każdy możliwy sposób, asertywnie mówić NIE, kiedy na coś się nie zgadzam. Krok kolejny - chcę odwiedzić psychologa, dobrego i sprawdzonego, który mi opowie co powinnam,a czego nie powinnam robić w związku ze swoim zyciem, który podpowie mi najlepszy scenariusz.
Chcę zerwać z tym przekonaniem, że ludzie są tylko dobrzy. Nie są. Są różnobarwni, mają swoje złe i dobre cechy, które muszę nauczyć się zauważać już na początku. Choćby po to, by zminimalizować ból rozczarowania.
Może wreszcie nauczę się... NIE! Inaczej - chcę się nauczyć bronić siebie, kochać siebie, a potem może w końcu wyjść na przeciw światu.
Dość już tej skorupy i miny udręczonego dziecka. Dość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz