poniedziałek, 13 marca 2017

Marcowa dziewczyna

Udało się przeżyć urodzinowy zawrót głowy! I to z przytupem. Wyobraźcie sobie, że nie miałam doła w tym roku. Jak to zwykle co roku przeżywam nieuzasadniony spadek formy w dzień swoich urodzin. Jednak tym razem, mimo czarnej rozpaczy wynikającej z kolejnego roku dokooptowanego do mojej zacnej metryki, udało się fantastycznie spędzić czas. I przeczuwam, że od tego roku przestanę chyba się przejmować ubywającym czasem. Nie powiem, nie zmieniło mi się podejście do życia, nie zmienił mi się charakter, nadal mam przeciąg w głowie, ale chyba dochodzę do wniosku, że nie będę na siłę starać się czegokolwiek ulepszać, kreować czy przeorganizowywać. Wystarczy chyba to, że stuknęła mi trzydziestka w stylu jaki najbardziej lubię. Z kolorowym drinkiem w ręce. Czułam się jak królowa świata, piękna, uśmiechnięta, zadowolona. I mimo ostatnich zawirowań, wychodzę z problemów. 
A tych było niemało przez ostatni rok. W ogóle cały 2016 był dla mnie rokiem patowym. Zawiodłam się na najważniejszych osobach w moim życiu, popadłam w mega problemy finansowe, potem okazało się, że poważnie choruję, a na koniec mój związek z nowym facetem zawisł na włosku. I jakoś tak, wielki finał w Nowy Rok musiał chyba w końcu pierdolnąć, by teraz wstać z popiołów jak feniks. Powoli  sytuacja się prostuje, mam jakieś cele, wreszcie odetchnęłam po ogarnięciu finansów, zdrowie też ma szansę wrócić do normy. A nowy facet? Walczy o mnie. O jak on walczy. Całkowicie się poświęcił temu zadaniu, chociaż zdarzają mu się spektakularne wpadki. Nie będę wchodzić w szczegóły, zapewne pewnego dnia o tym poczytacie. 
Ale co jest najważniejsze. Żyję! Istnieje życie po porażkach. Istnieje życie po amputacjach ludzi w swoim egzystowaniu. Istnieje też coś takiego, co ja nazywam zrównoważone poziomy szczęścia. A więc po burzy wychodzi słońce, a sinusoida brnie dalej. 
Najwyraźniej tak musi być w moim życiu. Czasem pod górkę, czasem na luzie można z niej zbiec. I wiecie co? Warto przeżywać emocje, każde, warto walczyć o siebie, warto snuć plany, nawet te najbardziej nierealistyczne. Moje się spełniają. Za miesiąc w ramach prezentu na urodziny idę na koncert mojego ulubionego zespołu: Riverside , myślę o tym, by zapisać się na jakieś zajęcia z jogi. Może zaplanuję jakiś wyjazd w okolice? Może uda się wszystko pięknie przeżyć? 

Jestem teraz szczęśliwa. Chciałabym być też jutro. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz