Nie zacytuję żadnego klasyka, gdyż ponieważ iż nie mam ani siły ani weny twórczej, by paradować tutaj wzniosłościami i nie wiadomo jakimi wysublimowanymi wstępami. Bardziej z przekory, z wyraźnym akcentem na wystawianie jęzora pokrętnemu światu niźli z poczucia misji - oto jestem! Ja. Polly, dla znajomych Pani Polly. W przededniu przepoczwarzania się w ryczącą trzydziechę, siadłam, z herbatą, zimnym nosem i czarnymi jak święta ziemia pazurami do pisania...
Pani Polly kończy za 3 dni! swoje 30 urodziny. Taki mały doomsday. Takie nic. No bo co ma się zmienić? Nagle, w cudowny sposób o północy zmienię się w żabę? Albo inne paskudztwo? Nie, przecież nic się nie wydarzy. Ot, kolejny rok. I co? Tak ma wyglądać moje życie? W wiecznym rozpiździaju? Chyba żartujesz, Życie, co? Żartujesz na serio, bo jak sobie na Ciebie patrzę, to mnie śmiech ogarnia. Taka jestem cwana, bo wyściubiam na Ciebie moje gały zza rogu, nie mając odwagi wyjść z cienia. Taka jestem mądra, bo oh no matko, jestem dorosła. Ale coś Ci powiem Życie. Nie jestem dorosła w żadnym calu. Świadczyć o tym może nie tylko to ,że matula natura obdarowała mnie syndromem "late bloom" (dojrzewająca później, wtf?!), ale też to, jak ja siebie czuję w środku. No więc jak? Bardzo proszę. Nadal w kiełbie i we łbie mam pokołtunione włosy, nadal noszę mentalne trampki, nadal śmieję się z głupich rzeczy, a jeszcze bardziej płacze nad rozlanym mlekiem. Nadal mam syf jeśli chodzi o wewnętrzne życie. Chwytam się przeróżności na sekundę i już mnie rwie, nudzi i ciągnie w drugą stronę. A to mam ciągle poczucie niezrozumienia, nietrafienia, nieakceptowania, nie i jeszcze raz nie. Ciągle siedzę na tym kamieniu filozoficznym i rozprawiam na marginesie, co ja, poczciwa Pani Polly, wyprawiam w danym momencie. Toż to nie tak.
I nie, nie mam tutaj na myśli historii rodem z Harlequinnów. Szczerze? Chrzanię takie romansidła. Nigdy nie lubiłam ich zresztą, acz czytywałam z wypiekami na twarzy jako dziecię podrosłe z cudownie wyhodowaną plantacją pryszczy na czole, pod osłoną nocy w tajemnicy przed mamą. Bo oni tam seksy uprawiali, a ja miałam 12 lat i ledwie kumałam czaczę. Nieistotne zresztą. No to nie chodzi o romanse, nie o faceta, nie o pracę, nie o... Chociaż, tak, będę o tym nawijać. Będę pewnie nie raz personifikacją wkurwienia na te aspekty i osoby. Ale... Przede wszystkim chodzi o MNIE. Jako jednostkę. Gdzie ja do cholery jasnej pędzę, pełznę, brnę, idę, frunę? Dokąd to?
No i chcę sprawdzić, czy przez cały rok, kolejne lata może, będę miała jakiś jasny pogląd, czy ta 3-dziestka to żart i chichot losu, czy może jednak jest w tym sens, w tym powolnym procesie starzenia się i czy jest na to jakiś psychologiczny kwas hialuronowy?
Witajcie więc, zapraszam!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz